Już-stara reklama… z 1995 roku

reklama

Muzyczne tornado w Warszawie – 28 września 1865

moniuszko20fotografia20cbn_4905342

Stanisław Moniuszko, fotografia. Źródło: Biblioteka Cyfrowa Polona

O muzyce Szopena Robert Schumann napisał, że to armaty ukryte w kwiatach. Trzymając się tego rodzaju porównań można powiedzieć, że w Warszawie 28 września 1865 roku eksplodowała muzyczna bomba atomowa. W samym środku spacyfikowanego Królestwa Polskiego, ledwo rok po egzekucji przywódców powstania styczniowego widzowie zobaczyli na scenie Opery obóz zwycięskich polskich żołnierzy sprzed półtora wieku, bohaterowie aluzjami śpiewali o matce-ojczyźnie i wspominali dawne bohaterskie czasy. Taką siłę rażenia miał Straszny dwór Stanisława Moniuszki i Jana Chęcińskiego.


Przed premierą Kurjer Warszawski 28 września 1865 r. (nr 220) informował jedynie:

Dziś nowa opera Moniuszki Straszny dwór. W liczbie pięknych sytuacji tej opery, najwięcej zdaje się posiada takowych akt 3ci pomienionego dzieła, jest w nim bowiem kilka scen żywych a dowcipnych, prawdziwie zainteresować mogących słuchaczy. Obok tego są różne zajmujące szczegóły, jak zegar starożytny grający, prześlicznym odzywający się kurantem, tajemnicze szafy; i maszynerja przyszła tu w pomoc Oświecenie Xiężycem twarzy młodziana (P. Dobrski) podczas gdy tenże zadumany oparty stoi w oknie, niezwykły wywołuje efekt. Całe nareszcie dzieło pełne, jest zalet muzycznych, a jako utwór dramatyczny odznacza się dobrem librettem stopniowo pobudzającem ciekawość. — Libretto do nowej opery P. Moniuszki Straszny Dwór, napisane przez P. Chęcińskiego, jest do nabycia we wszystkich Kięgarniach, oraz przy wejściu do Teatru.


Natomiast GAZETA MUZYCZNA I TEATRALNA. PISMO TYGODNIOWE w numerze 2 z 1 (13) października 1865 r. przedstawiła już solidną recenzję dzieła Moniuszki:

STRASZNY DWÓR

OPERA J. CHECIŃSKIEGO. – MUZYKA S. MONIUSZKI.

Gdybyśmy po jednorazowym słyszeniu Strasznego dworu mieli pisać o nim sprawozdanie, znaleźlibyśmy się w niemałym kłopocie; znając bowiem większe utwory Moniuszki jako to: Halkę. Hrabinę, Dziady i inne, wiemy iż one mają to do siebie, że, obejmując w sobie ogromne bogactwa melodyi i harmonii, stawiają słuchacza w niepodobieństwie schwycenia od razu wszystkich ukrywających się tam piękności, które następując szybko jedna za drugą, rugują się kolejno z pamięci słuchacza, tak, że ten po skończeniu sztuki wychodzi z niéj z uczuciem zadowolenia, ale jeszcze nie jest w stanie zdać sobie sprawy z tego, co w nim to uczucie wywołało. Dopiero po dłuższém wsłuchiwaniu się w muzykę, piękności jéj z początku prześlizgujące się, że tak powiemy, po umyśle słuchacza, porządkują się w nim powoli, rozjaśniają się, stają się dla nas zrozumialszemi, oceniamy je łatwiej i sprawiedliwiej.

Z tego to powodu, niesłychanie jest trudno wydać bezstronny sąd o operach Moniuszki, słysząc je tylko raz, choćby i dwa; jeśli zaś kto jest w tym przypadku, że chce wypowiedzieć zaraz swe zdanie, to ono musi być niedostateczne dla powodów wyżéj wypowiedzianych, tak, że ci sami recenzenci, którzy po piérwszém wrażeniu, jakie z opery wynieśli, rozpisują się o jéj zaletach lub wadach, uczują niedługo sprzeczność samych ze sobą, gdy obeznawszy się z nią bliżej, będą w niéj odkrywać coraz nowe piękności, i to nawet w takich miejscach, które im się blademi i czczemi z razu wydały. Pisząc to mamy w pamięci recenzye (nie wszystkie zbyt pochlebne dla kompozytora), które towarzyszyły pierwszemu pojawieniu się u nas Halki, a do których dziś, przy setnym jubileuszu tejże opery wielu autorów chciałoby się nie przyznać, nie chcąc iść wbrew jednomyślnej opinii publicznej. Nie jeden pisząc wówczas sprawozdanie, chciał kierować zdaniem ogółu, i zwrócić je ku swojemu sposobowi myślenia, ale niebaczni ci sterownicy, zamiast zwrócić prąd opinii ku sobie, zostali sami nim uniesieni; a dzisiaj walczyć z nim byłoby szaleństwem prawie.

Spodziewamy się, że taka koléj przyjdzie i na tę młodszą siostrę Halki, na Straszny dwór, że dzisiejsza różność zdań zniknie; i że nasza publiczność słysząc coraz częściej ten znakomity utwór, odkrywać w nim będzie coraz nowe piękności, które z początku uchodziły jéj uwagi, a przez to kształcić będzie i prostować swój sąd o nim, tak, że po jakich kilkunastu przedstawieniach jeden tylko u nas głos będzie o Strasznym dworze, głos uznania i pochwały, jak dziś jest jeden o Halce.

Pomówmy teraz trochę o saméj muzyce. Najpierwsze wrażenie jakiego doznaliśmy od razu, było uczucie szczególnego zadowolenia, jakiejś błogości; jakieś wewnętrzne ciepło — jeśli wolno się tak wyrazić, opanowało nas, gdyśmy słuchali téj muzyki tak swojskiéj, tak naszej, że mimowolnie poczuwaliśmy się do pewnej solidarności z kompozytorem, który zdawało się, jakby nam słuchaczom wyjął z piersi jakąś cząsteczkę naszej duszy, i tę ozdobił, upiększył, ułożył w cudną całość, i to wszystko nam do podziwu przedstawił. Słowem było coś, tylko nie umiemy się z tego lepiej wytłómaczyć, co nas od samego początku pociągało i wiązało z tą kompozycją…

Taką nam się muzyka przedstawia, gdy ją oceniamy sercem; jeżeli zaś rozumem mamy sądzić o niéj, to musimy przyznać, że zaleca się bogactwem pomysłów, mnóstwem świeżych melodyj, mistrzowską instrumentacyą; słowem cała ta opera zdradza pióro wytrawnego maestro. Jeżelibyśmy chcieli mówić o miejscach, które za piękne uważamy, musielibyśmy chyba wyliczyć kolejno wszystkie numera; ograniczemy się więc na wspomnieniu niektórych ustępów, prawdziwie odznaczających się.

W introdukcyi, czyli intradzie, jak ją tu nazwano, genialnie opracowanej, uderzają słuchacza dwa motywy, z których jeden jest dziwnej prostoty, a drugi niczem więcej, jak tylko gammą chromatyczną, idącą z góry na dół. Kiedy ku środkowi tejże intrady, klarynet odegrał swe smętne solo z akompaniamentem instrumentów rzniętych, tremolo, następują oba powyżéj wymienione tematy, (z których pierwszy już się dawniéj odzywał w różnych tonach), i wychodzą bądź pojedynczo, bądź razem; zmieniają się i kombinują przy rosnącéj coraz instrumentacyi, dochodząc nakoniec do fortissima. Miejsce to jest tak efektowne, tak uderzająco piękne, że niewiedzieliśmy, czy słuchać całą duszą muzyki, czy ubolewać nad publicznością, przed uszyma ktoréj ustęp ten przechodzi zawsze niepostrzeżony, bo większość przynajmniej tejże, zajęta jest jeszcze sadowieniem się na swych miejscach lub na rozglądania się po lożach. Radzibyśmy wtedy każdego z osobna poruszyć i przypomnieć mu: „uważaj, jakie to piękne.” Drugim ustępem, który mocno obudził nasze zajęcie, jest chór dziewczyn na początku pierwszego aktu, i poprzedzająca go przegrywka, którą się roskoszować można. Zaczyna ją obój z klarynetem, a w drugim podobnym razie, pikulina z obojem, mając wplecione między siebie instrumenta rżnięte, pizzicato; cały ten początek, jak również dalsze jego rozwinięcie lekkie i dowcipne, są wyborném wéjściem do następującego chóru, w którym taż sama lekkość muzyki jest utrzymana aż do końca. Oddać muzyką szczebiotliwość dziewczyn, ale oddać to w sposób szlachetny, a nie wpaść w trywialność, to trochę trudne było zadanie, z którego się jednak Moniuszko znakomicie wywiązał. Następująca po tym chórze niema scena przywitania rodzinnej zagrody, i za nią idący tercet „cichy dom,” są to wydatne w tym akcie miejsca, które też powszechne uznanie zyskały.

W akcie drugim piękności jest bardzo wiele. Rozpoczynająca ten akt przegrywka, i za nią idący chór żeński, zalecają się nadzwyczajną prostotą, i „rzewnością przemawiającą do duszy; a wszędzie jakaż swojskość się przebija! Ziewanie, doskonale tu; jest oddane w śpiewie, raz, gammą chromatyczną z góry na dół, a w drugiem miejscu przeskakiwaniem przez oktawę od g do g, w górę i na powrót; przyczem akompaniament orkiestry płynący gładko i równo jak woda, wchodzi na chwilę przy ustaniu śpiewu jak gdyby w dyssonans, ale rozpływający się natychmiast w bardzo łagodne zakończenie.

Musimy tu uczynić wzmiankę, że w przegrywkach, wejściach do aryi lub chórów, introdukcyach, — Moniuszko jest nieporównany. Wszystkie tego rodzaju ustępy odznaczają się szczególnem bogactwem myśli, oryginalnemi przejściami, których efekt podnosi jeszcze znakomita instrumentacya. Takiemi są: intrada, zakończenie prologu, wstęp do pierwszego i do drugiego aktu, i przegrywka kończąca dumkę Jadwigi. W téj ostatniéj, piano, następujące nagle po forte, i mol nagle po dur, stanowi cały efekt, i całą piękność. Duet Hanny z Jadwigą, scenę przy laniu wosku, jak również i polonez Miecznika, do udatniejszych ustępów zaliczamy.

Finał drugiego aktu ma niestety wielu nieprzyjaciół; zarzucają mu że za długi, i że za silnie obsadzony. W istocie wchodzi do niego aż 10 głosów solowych i chóry, bo tak wypada ze sztuki; musiał zatem kompozytor użyć tych ogromnych sił do swego finału, który nie dziw, że hałaśliwym się wydaje. Tutaj doskonale oddana jest sprzeczka myśliwych, których chór pośród tylu innych głosów dobrze słychać, a jednak on reszty nie głuszy, lecz wszystko tworzy z sobą harmonijną całość.

W trzecim akcie jest ów sławny kurant, co się tak publiczności podobał. Jest to polonez zamknięty tylko w 8miu taktach, a napisany w stylu arcystaroświeckim, przypominającym co najmniéj Ogińskiego. Uganiać się w tém miejscu za oryginalnością, znaczyłoby fałszywie zrozumieć położenie; tego błędu nie popełnił Moniuszko; napisał on kompozycyą będącą wyborném naśladownictwem prastarych polonezów. Dodajmy do tego bardzo umiejętną instrumentacyą, przypominającą prawdziwe kuranty, a pojmiemy, dlaczego ten polonez przypadł od razu wszystkim do serca.

Przed przyjściem Zbigniewa, w tymże akcie jest prześliczna przegrywka na basetlę, a wiernie malująca uczucia, jakie opanowały w téj chwili dusze obudwóch braci. Postanowili oni żyć w bezżennym stanie, ale oto miłość zakradła się do ich serc; zaczynają sobie zdawać sprawę ze swego położenia, i wchodząc każdy w siebie, spostrzegają się, że ich serca już nie do nich samych należą!

Ta śliczna przegrywka zdaje się sama to wszystko wypowiadać!

Kwartet „ni boleści ni rozskoszy” jest nadzwyczaj piękny i efektowny, pełen niespodzianych przechodów; jednak jest on więcej kosmopolityczny jak moniuszkowski. Toż samo powiemy o aryi Hanny w 4tym akcie: „Dziwny niepokój”. Mazur udał się tak Moniuszce, że serce skacze słuchając go. Posiada on tę zaletę, która powinna cechować ten rodzaj kompozycyi, że jest prawdziwie polski, zamaszysty, od ucha, jak to mówią. Nie wątpimy, że się niedługo u nas tak spopularyzuje jak jego braciszek w Halce.

Zakończenie opery jest trochę za rozwlekłe. Publiczność dowiedziawszy się, że się dwa małżeństwa kojarzą, zaczyna się potrochu wynosić z teatru, nieciekawa bynajmniéj dowiedzieć się od Miecznika, z jakiego powodu Straszny dwór tę nazwę zyskał sobie.

O śpiewie i grze artystów powiemy, że każdy z nich wywiązał się ze swego zadania sumiennie, wedle sił swoich. Pan Dobrski w całym 3cim akcie jest nieporównany, a pani Majeranowska jest nią wszędzie. Panie: Dowiakowska, Hess, panowie Troschel, Kohler, Kozieradzki, Szczepkowski bardzo dobrze oddali swe rolę, a pan Prohazka w roli Skołuby, był zupełnie na swojem miejscu. Orkiestra prowadzona przez kompozytora nie pozostawiała nic do życzenia, słowem całe wykonanie opery dawało widocznie poznać publiczności, że pp. artyści dbali o to, aby utwór ich dyrektora był godnie przedstawiony, do czego każdy w swym zakresie przykładał się gorliwie.

Takie monumentalnie i poruszające polskie serca dzieło nie mogło się ostać. Aluzje w tekście do Pana Tadeusza czy  muzyczne nawiązania do Poloneza Ogińskiego – choć cenzura nieopatrznie dozwoliła wystawić Straszny dwór to po  trzech przedstawieniach błąd ten został naprawiony:

Witold Rudziński w programie wydanym przez Teatr Wielki w Warszawie – Operę Narodową w 1995 roku napisał:

Powodzenie nowej opery było tak niezwykłe, że cenzura zawiesiła ją po trzecim przedstawieniu. Widocznie obawiano się, że zebrana tłumnie publiczność mogłaby od wzruszeń, tak blisko związanych z niedawno wygasłym Powstaniem Listopadowym, przejść do manifestacji.

Oto jak przedstawiał tę sprawę sam Moniuszko, w liście pisanym po 7 października 1865 roku do Edwarda Ilcewicza: „Już więc po trzecim przedstawieniu Strasznego dworu i zwycięstwo stanowcze. Jeden tylko „Dziennik” na mnie nie łaskaw, ale nie łaskaw nie tylko teraz, ale odkąd usunąłem się z Instytutu! – to mniejsza. Dobrski był zachwycający! pieśń z kurantami starego zegara i prolog najwięcej się podobały. Orkiestra serdecznie mi służyła. Koehler (w roli Macieja) tylko na trzeci raz zachrypł, że ledwie mówić mógł. Nowy mazur, rodzony Halkowego braciszek, ożywia czwarty akt, który w libretto bez życia wlecze się do wiadomego wszystkim od początku rozwiązania (…). Ale na wety zachowałem jak derwisz z tysiąca nocy: krem z pieprzem. Straszny dwór zawieszony przez matkę naszą cenzurę. Nikt zgadnąć nie może, z jakiego powodu. Możesz sobie wyobrazić, jak mnie to niemiło!”

Jeszcze raz zacytujmy Witolda Rudzińskiego, tym razem z artykułu znajdującego się  w programie Teatru Wielkiego w Łodzi z 1985:

19 września 1865 roku donosił Moniuszko swoim wydawcom: „Generalną próbą z a l e c a n o nam sporządzić w kostiumach, dla przekonania się, że Dwór ten nie jest tak Straszny, jak się wydaje.”

(…)

Odnaleziono ostatnie materiały, które pozwalają odtworzyć niezwykle dramatyczny przebieg tej premiery. W bibliotece opery praskiej (Narodni Divadlo) znajduje się rękopis libretta Strasznego dworu, zapewne pióra Jana Chęcińskiego.

Na stronie tytułowej tego rękopisu znajduje się notatka cenzury: „Wolno przedstawić. W Warszawie, dnia 10/22 sierpnia 1865 r. Z upoważnienia Starszy Cenzor Antoni Funkenta mp.” Jest to ten sam oryginalny tekst, jaki dziś jest śpiewany w Strasznym dworze, a więc ze wszystkimi aluzjami patriotycznymi i ten właśnie tekst był śpiewany na przedstawieniu premierowym. Musiały istnieć jednak jakieś wątpliwości, jeśli urządzono ową próbę kostiumową z publicznością, o której tak dowcipnie pisał Moniuszko.

Wiadomo, że przyjęcie nowego utworu było manifestacyjne. Szczególnie słowa Miecznika musiały podnieść temperaturę sali do najwyższego stopnia. Przecież nie minęły jeszcze dwa lata, jak w polskich lasach grzmiały gwintówki, a zaledwie rok i miesiąc jak na stokach cytadeli zginęli przywódcy powstania z Romualdem Trauguttem na czele. W kołach rządowych po premierze musiał wybuchnąć skandal: dopuszczono do wykonania zapalnego jak proch tekstu.

Natychmiast poddano go ponownej cenzurze i już w dwa dni po premierze na tekście znalazła się nowa adnotacja: „Zastosować się do modyfikacji oznaczonych znakiem” i dalej wymieniono dziesięć stron z takimi poprawkami. Ten sam cenzor podpisał tę rezolucję 18/30 września 1865 r. Inna notatka na tym tekście przedstawia w skrócie dramatyczną historię premiery: „Pierwsze przedstawienie dane było 28 września 1865. Następnie po powtórnem ocenzurowaniu, jedno 1 października 1865, drugie 5 października t.r. Od tego czasu nie dawano”. Okazało się więc, że i z tymi poprawkami tekstu było za wiele. Czy to manifestacje nadal były zbyt gorące, czy też okrojony tekst przyjmowano z niezadowoleniem i protestem, dość, że Straszny dwór został zdjęty z afisza.

A przecież wydawało się, że nowy tekst został zupełnie wyjałowiony z wyraźniejszych aluzji patriotycznych. Zamiast ognistych słów Miecznika

Mieć w miłości kraj ojczysty,
Być odważnym jako lew.
Dla swej ziemi macierzystej
Na skinienie oddać krew.

usłyszano mdłe ogólniki:

Musi cnót posiadać wiele,
Kochać Boga, kochać lud,
Znać żywota święte cele,
Umieć znosić pracy trud,
Dotrzymywać słowa wiernie,
Strzec płochości, strzec się zdrad,
Czy przez kwiaty, czy przez ciernie
Prostą drogą bieżyć w świat.

Nie darowano nawet drewnianej szabelce, do której ojciec zaprawiał swych chłopców. Zawieszona opera nie została już wznowiona za życia kompozytora. Jedynie w końcu roku 1871, na ostatnim danym za życia Moniuszki koncercie kompozytorskim, pozwolono na estradowe wykonanie Strasznego dworu, oczywiście z ocenzurowanym tekstem, który zresztą wcześniej pojawił się w druku na wybranych numerach tej opery. Wtedy to właśnie Chęciński dopisał słowa do mazura, Moniuszko zaś opracował je na chór. Tą właśnie drogą, trochę nielegalną, wersja mazura tańczona przy śpiewającym chórze wdarła się na scenę, jednak odbyło się to już po śmierci Moniuszki.

 

 

[Zapowiedzi wydawnicze] Nowe dwujęzyczne wydanie Platona – dialog „Kriton”.

http://www.omp.org.pl/aktualnosc.php?idAktualnosci=294

Teologia Polityczna wraz z Ośrodkiem Myśli Politycznej wyda dialogi Platona w nowym tłumaczeniu prof. Ryszarda Legutki. Jako pierwszy tom w nowej serii Biblioteki Platońskiej ukaże się Kriton.

Kriton należy do najbardziej znanych dialogów Platona, a jego główny temat – odrzucenie złożonej Sokratesowi przez Kritona propozycji ucieczki z więzienia – do dzisiaj w fundamentalnym stopniu kształtuje wyobraźnię filozoficzno-polityczną Europy. Wspólnie z Ośrodkiem Myśli Politycznej planujemy wydanie tego jednego z najważniejszych dialogów dorobku Platona w tłumaczeniu prof. Ryszarda Legutki. Oprócz polskiego przekładu wydanie obejmie także grecki tekst dialogu i obszerny komentarz napisany przez tłumacza.

(…)

Mimo niewielkiej objętości Kriton jest jednym z częściej komentowanych utworów Platona. Przyczyna jest prosta. W dialogu pojawia się argumentacja, która może być odczytana jako nakaz posłuszeństwa jednostki wobec państwa i wobec kolektywu. Zważywszy, że Sokrates przez całe swoje dorosłe życie głosił posłuszeństwo sprawiedliwości i bezwzględnym racjom etycznym, ten swoisty autorytaryzm, jaki niektórzy znajdowali w Kritonie, wywoływał mieszane uczucia. Jak to więc jest? – Pytano. Czy Sokrates był niekonsekwentny? Czy w dialogu dokonał odstępstwa od kanonicznej zasady swojej filozofii? A może była to część strategii Platona, aby zrehabilitować skazanego na śmierć filozofa w oczach ateńskich obywateli?

prof. Ryszard Legutko

(…)

Inicjatywę można wspierać finansowo do czego wydawcy zapraszają🙂

Kolejnymi dialogami w Bibliotece Platońskiej będą Obrona Sokratesa, Eutyfron i Fedon.

Krzyż samotny

krzyz_w_zadymce

Józef Chelmoński, Krzyż w zadymce; http://www.pinakoteka.zascianek.pl

Krzyże stawiano z drzewa przy wioskach, drogach i rozstajach bardzo wysokie, a to dlatego, żeby w miarę ugniwania w ziemi można je było wielokrotnie na nowo zakopywać, dopóki zupełnie nie zmalały. To zakopywanie i podpieranie starych krzyżów odbywało się zwykle po dniu zadusznym w jesieni.

Zygmunt Gloger, Encyklopedia Staropolska

krzyz_na_rozstaju

Michał Wywiórski (Gorstkin), Krzyż na rozstaju, http://www.pinakoteka.zascianek.pl

przed_burza

Michał Wywiórski (Gorstkin), Przed burzą, http://www.pinakoteka.zascianek.pl

the_cross_beside_the_baltic

Caspar David Friedrich, Krzyż nad Bałtykiem; http://www.artble.com/

mp950

Władysław Wankie, Chrystus na Krzyżu; http://cyfrowe.mnw.art.pl

Dżokeje, tabaka i mazur pod zegarem.

Brytyjski wizjoner operowy David Pountney, wodząc po partyturze Strasznego dworu okiem zupełnie pozbawionym balastu polskich uprzedzeń i fobii, spróbuje odnaleźć inny klucz do arcydzieła.

Taki fragment znalazłem na stronie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, w okolicach zeszłorocznej premiery opery Moniuszki. Od razu pojawiła mi się wizja tego wszystkiego, co we współczesnej sztuce mi się nie podoba: uwspółcześniania na siłę, obrzydzania czy propagandy.

csm_biel1013_g_7a36f183fc

Więc gdy się rozstaniem,/ Przed słońca świtaniem,/ Kto żyw, kto brat,/ Bierz w dłoń pełną czaszę! Strzemienne rzecz godna/ Wychylić je do dna. [Ten obrazek i kolejne pochodzą ze strony: teatrwielki.pl]

Gdy czytam taki opis to (za Zbigniewem Herbertem) nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem.  Zazwyczaj. Tym razem nie uciekłem i obejrzałem do końca. Potem oglądałem/słuchałem jeszcze wiele razy.

csm_biel1714_g_e4e491f4fe

Są tu strachy, są tu czary…/ Ten niepokój nieustanny/ Myśl o wzroku pięknej Hanny,/ Mówią jasno w chwili tej,/ Że czarami oczy jej…

I okazało się, że niezupełnie polska inscenizacja okazała się zupełnie nie obrazoburcza. Mimo, że stroje umiejscowiły ją w Dwudziestoleciu, a nie na początku XVIII wieku – jak to wynikało z libretta. Znakomita gra aktorska, świetna interpretacja tekstu oraz afirmacja wszystkiego co polskie. Tam gdzie duet Moniuszko-Chęciński umieścił humor jest humor, gdzie mamy się wzruszać – to jest to wzruszenie, którego nikt nie wyśmiewa. I co ważne brak było skrótów i uwspółcześnień tekstu.

csm_biel1600_g_fa907b35ce

Zażyj tabaki!

Co ciekawe w ciągu ostatniego roku pojawiło się wiele recenzji, krytycznych wobec przedstawienia. Jedni krytykują je za „nowoczesność”, i szyderstwa ze sztuki narodowej (w końcu postaci występują nie tylko w strojach z dwudziestolecia, ale też w kalesonach czy tańczą mazura ubrani niczym artyści z kabaretu w przedwojennej Adrii). Inni natomiast zarzucają zbytnią… tradycyjność, brak śmiałości Pountneya w dekonstruowaniu polskiej opery.

np. Kultura liberalna:

Pozbawiony naturalnego balastu, jaki dociąża polskiego odbiorcę, Pountney unosi się po powierzchni i zamiast wywrócić stereotyp, utrwala tylko jego jednowymiarową kliszę, redukując historię do estetyki, do tego wątpliwej.

csm_biel1742_g_e490163b76

Boże mój! melodia ta,/ Jakież chwile przypomina!

Dodam, że nie bez znaczenia jest, że w „Strasznym dworze” zakochałem się słuchając/oglądając właśnie tego wykonania z listopada 2015 (czyli wersji Pountneya), a dopiero potem zacząłem poznawać nagrania z przedstawień kanonicznie umiejscowionych w realiach I Rzeczypospolitej. Jednak mimo słuchania doskonalszych i lepszych wykonań, Stefan będzie mi się kojarzył z głosem Tadeusza Szlenkiera, Damazy – Ryszarda Minkiewicza, a Maciej – Zbigniewa Maciasa. Uważam za ciekawy pomysł inscenizacji z „ruchomymi obrazami” czy myśliwymi rodem z „Pana Tadeusza” (hrabia i jego dżokeje!). Zabawna Stryjenka niczym z przedwojennych komedii z Ćwiklińską lub Zimińską (patrz „Manewry miłosne”) i równie zabawna scena przesłuchania Damazego pod zegarem – posadzonego na krześle niczym w filmach szpiegowskich. A dwudziestowieczne stroje tylko lepiej uświadamiają, że wojny zdarzają się stale i żaden pokój nie jest „wieczysty”.

 Polecam. Także w tym sezonie opera będzie na afiszach Teatru Narodowego.

Tym którzy nie będą mogli się pojawić w Warszawie, polecam stronę http://vod.teatrwielki.pl/stream/vod/straszny-dwor/, na której można obejrzeć trzygodzinne nagranie z zeszłorocznej premiery.

[link – Retronaut] Znane i mniej znane zdjęcia polskich pilotów z drugiej wojny światowej.

Ekipa portalu Retronaut zawsze znajdzie ciekawe zdjęcia z przeszłości – a to z lat 30-tych, a to majace już wartość historyczną zdjęcia z lat 70-tych i 80-tych. Jednak aktualny wpis to miód na moje serce: zdjęcia polskich żołnierzy RAF🙂 Zapraszam do odwiedzania tej zacnej inicjatywy.

http://mashable.com/2016/07/02/polish-airmen/#JLPgfvXn4mqh

[Link] Wood That Went To War – rzecz o konstrukcji angielskich żaglowców.

Coś dla miłośników żaglowców z okresu wojny o niepodległóść Ameryki oraz wojen napoleońskich i namiętnych czytelników prozy Forestera i O’Briena:

http://www.thedearsurprise.com/wood-that-went-to-war/

p_war_wood2_5

 

 

 

Koniec lata w Łazienkach Królewskich

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURE

[Link – Polona] Nieśmiertelne frazy Sienkiewicza w obcych przekładach.

http://blog.polona.pl/2016/09/sienkiewicz-w-przekladach/

Henryk Sienkiewicz już za życia był jednym z najczęściej przekładanych polskich autorów. W Polonie możecie znaleźć bardzo wiele obcojęzycznych wydań, które systematycznie gromadzimy w osobnej kolekcji. Są tam nie tylko przekłady na angielski, niemiecki, francuski czy rosyjski, ale także sporo wydań w jidysz, tłumaczenia na serbski, niderlandzki, duński czy islandzki. Poza oczywistymi tytułami natrafić można na mniej znane i często zaskakujące dzieła, jak choćby ozdobiony na okładce romantyczno-tragicznym kowbojem wydany w Mediolanie western Lilliana. Autor Lilliany, podpisany jako Enrico Sienkiewicz, pierwotnie publikował swoje dzieło w odcinkach w „Gazecie Polskiej” jako nowelę Przez stepy. Nad Sienkiewiczem pracowali też esperantyści, na warsztat biorąc przede wszystkim jego nowele.

Wróćmy jednak do najpopularniejszych tytułów i sprawdźmy, jak kilka najsłynniejszych sienkiewiczowskich cytatów brzmi w przekładach. Wychodzimy oczywiście od Trylogii.

„Kończ… waść!… wstydu oszczędź!…” (Potop)

Zacznijmy lekko perwersyjnie, czyli przekładem Potopu na… szwedzki (tłumaczyła Ellen Sofia Wester, Stockholm 1901). Skandynawski Kmicic (czyli Kmitsits) mówi „Gör slut… det är en skam att bli skonad…”

Sofonisba Anguissola

http://niezlasztuka.net/o-sztuce/sofonisba-anguissola-zapomniana-mistrzyni/

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Muzeum Narodowe w Warszawie, 25.08.2016

Do tego autoportretu pozuje razem ze sztalugą i jej kolejnym powstającym kolejne dziełem.

Z linku możecie się o tej ciekawej postaci więcej

Decyzja Amilcarego o kształ­ce­niu arty­stycz­nym córki usta­no­wiła pre­ce­dens. Artyści zaczęli przyj­mo­wać na uczniów kobiety. O Irene di Spilimbergo, uczen­nicy Tycjana, można prze­czy­tać, że „ujrzaw­szy por­tret Sofonisby Anguissoli, wyko­nany jej rękami, zapre­zen­to­wany Filipowi, kró­lowi Hiszpanii, oraz sły­sząc szcze­rze pochwały jej sztuki malar­skiej, powo­do­wana zazdro­ścią, poczuła gorące pra­gnie­nie, aby dorów­nać tej szla­chet­nej i uta­len­to­wa­nej pan­nie”

« Older entries