(Link) Szydziliście z efektów specjalnych do serialu „Wiedźmin”. Po latach przeczytajcie wywiad z twórcą!

Efekty specjalne do serialu Wiedźmin komentował chyba każdy, kto oglądał ten serial w momencie jego premierowej emisji. Stało się nawet pewnym banałem komentowanie każdego nowego filmu słowami „byle  tylko efekty nie były jak w Wiedźminie”. Tymczasem po 15 latach mamy okazję przeczytać wywiad z jednym z twórców. Wywiad, który wiele wyjaśnia.

https://tech.wp.pl/stworzyl-nieslawnego-smoka-z-wiedzmina-nam-opowiada-o-kulisach-tworzenia-filmu-6186216256382593a

Ocenia pan projekt smoka jako zły. Co jeszcze tam nie grało?
Animacja wyszła w miarę dobrze, ale projekt w całości był po prostu słaby. Zamiast zatrudnić projektantów, którzy byliby na poziomie zachodnim i zrobili coś naprawdę dobrego, postawiono na design rodem ze Smoka Wawelskiego – z brzuszkiem, rodem z bajek i komiksów. To nie wyglądało dobrze i nie było zgodne z opisem z książki. Cała produkcja miała problem ze stroną wizualną. Bardzo często, kiedy robiliśmy ciekawsze projekty, bo cały czas obserwowaliśmy zagraniczne trendy, to już końcowe efekty były cofane przez producentów. Tak było w momencie, kiedy zaczęliśmy pracę nad serialem.
Dlaczego?
Bo uważali, że to źle wygląda, a tak naprawdę było nowoczesne. Mieli pewną blokadę na nowości i pomysł na estetykę rodem z filmów z Panem Kleksem. Preferowali wizję osoby, która robiła gumowe potwory.
Problemem stało się nastawienie producentów.
Oczywiście. Miałem okazję oddawać swoje prace na wystawę dotyczącą sztuki wizualnej w Wiedźminie, którą organizowała moja koleżanka, Anna Gwóźdź. Zebrała stroje i rekwizyty z planu i to po prostu wygląda bardzo słabo. A wtedy był już „Władca Pierścieni”, który ma przecież tyle samo lat co „Wiedźmin”, a dalej ma jedne z najlepszych kostiumów w historii.
Może po prostu kończył się budżet.
Wiadomo, że była to jakaś istotna kwestia, ale producenci mieli naprawdę dużo pieniędzy. Cały czas wszystko rozbijało się o ich myślenie. Przecież to był wtedy najdroższy film w Polsce, ale budżet był marnowany.
Na co?
Powiem tylko, że główny producent trafił jakiś czas później do więzienia. Jako twórca niezależny, gdzie liczy się każda złotówka w procesie tworzenia, mam straszliwą awersję do podejścia dużej kinematografii do wydawania pieniędzy, które często są wyrzucane w błoto.

Reklamy

[Link do filmu] Nowe możliwośći inwigiliacji przy pomocy „smartwatcha”

Co prawda w zalinkowanym filmie mówi się o odczytywaniu ruchów ręki i przyporządkowywaniu ich do określonych miejsc na klawiaturze, ale potrafię sobie wyobrazić, że w przypadku gdy będziemy pisać, (nawet „analogowo”) ręką na której mamy taki zegarek, to będzie można odcyfrować nasze notatki. Podobnie na przykład jawny stanie się nasz pin wklepywany w bankomacie lub kod domofonie.

Refresh. Reload. Dopamina.

1.

Coraz częściej można spotkać się z głosami, że nowe cyfrowe technologie­ – mimo ich niezaprzeczalnych zalet – mają swoje negatywne konsekwencje: zmieniają nasz mózg, lub mówiąc dosadnie: formatują nasz umysł.

Dwa z tych głosów uznałem za szczególnie interesujące. Pierwszy z nich to krótki artykuł w którym Hugh McGurie (patrz: https://medium.com/@hughmcguire/why-can-t-we-read-anymore-503c38c131fe) zadaje pytanie, dlaczego nie potrafimy czytać już książki ze skupieniem. Drugi to znakomita książka „Płytki umysł” (autor: Nicholas Carr; wyd. Helion: http://helion.pl/ksiazki/plytki-umysl-jak-internet-wplywa-na-nasz-mozg-nicholas-carr,plytki.htm)

Warto zaznaczyć, że obaj autorzy nie są przeciwnikami nowych technologii i portali społecznościowych (mają konta na Twitterze i Facebooku, prowadzą blogi), ale zwracają uwagę na te konsekwencje cyfrowej rewolucji, które powodują że coraz bardziej uzależniamy się od technologii, nawet tam gdzie nie jest to dla nas użyteczne lub jest po prostu szkodliwe.

Książka „Płytki umysł” porusza tak wiele wątków, ze bezcelowe byłoby podejmowanie jakiejkolwiek próby jej streszczenia. Wypada mi tylko polecić ją Szanownym Czytelnikom Bestiariusza.

Natomiast w pierwszym ze wspomnianych przez mnie tekstów Hugh McGuire zwraca uwagę na fakt, że cyfrowe urządzenia oraz oprogramowanie faktycznie „przestroiły” nas tak, że poświęcamy im swoją uwagę bez względu na to, co w danym momencie powinniśmy robić. Badania przy pomocy fMRI (Funkcjonalnego magnetycznego rezonansu jądrowego) pokazały, że ośrodki przyjemności w mózgu aktywują się, gdy przychodzi nowy e-mail. Każdy otrzymany e-mail, powoduje więc wydzielanie dopaminy do mózgu jak kokainaKażdy dopływ dopaminy wzmacnia pamięć mózgu, że sprawdzanie czy nie przyszedł nowy e-mail daje dopływ dopaminy. Nasze mózgi są tak zaprogramowane by szukać rzeczy, które dadzą nam przypływ dopaminy.

Czytaj resztę wpisu »

Refleksja. O pewnej zagadce oraz praktycznym zastosowaniu matematyki

Dzisiejsze „internety” obiegła informacja o zagadce logicznej, którą zadano singapurskim uczniom. Zagadka, jak wynika z kilku artykułów, miała na celu wyselekcjonowanie spośród grupy singapurskich uczniów 40% najzdolniejszych (zob.: http://beta.rp.pl/artykul/1193815-Zagadka-matematyczna-z-Singapuru-podbija-swiat.html ; http://www.theguardian.com/science/alexs-adventures-in-numberland/2015/apr/13/can-you-solve-the-singapore-primary-maths-question-that-went-viral.

Bez względu na to, czy zagadka naprawdę została zadana uczniom w Singapurze, czy też jest „prawdą internetu” to może być zawsze jakąś motywacją u uczniów na całym świecie do nauki matematyki.

Mówię o zachecaniu do matematyki przy pomocy internetowych zagadek, bo obawiam się, że polska szkoła do matematyki zaczyna coraz bardziej zniechęcać. A wskazują na to nowe podręczniki. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” zamieściła na przykład krytykę nowego podręcznika do matematyki dla szkół http://www4.rp.pl/artykul/1194022-Elementarz-szkodliwy-dla-uczniow.html. W artykule czytamy:

Jakich błędów w „Elementarzu” dopatrzyła się ekspertka? Po pierwsze, przez ponad pół roku ogranicza on uczniom zakres liczenia. Dopiero po dziesięciu tygodniach nauki dzieci poznają cyfrę 3 i zaczynają rachować w tym zakresie. Liczba 10 pojawia się po przeszło czterech miesiącach nauki.

„Przez pół roku nauki dzieci uczą się tego co już potrafią. Konsekwencją jest nuda, rozleniwienie i brak zainteresowania działalnością matematyczną” – pisze profesor.

Takie traktowanie matematyki wydaje mi się zupełnie idiotyczne. Dobre i pasjonujace kształcenie matematyczne w szkole to podstawa wykształcenia przyszłych inżynierów, informatyków, itd.

Nie można traktować matematyki jako zła koniecznego i czegoś zupełnie nieprzydatnego. Przypomnijmy, że złamania szyfru „Enigmy” dokonali właśnie pogardzani, uważani za niepraktycznych matematycy. Do tego dorzućmy znakomitą reklamę przedwojennej nauki polskiej, w zakresie nauk matematycznych dzięki na Lwowskiej szkole matematycznej (uwaga, ważne nazwiska(!): Banach, Ulam, Steinhaus, Mazur i wielu, wielu innych).

Enigma

Zainteresowanie matematyką przekładało się na wiele praktycznych zastosowań. Warto przypomnieć, że na przykład Ulam brał udział w amerykańskiich programach zbrojeniowych (stworzenie bomby atomowej i wodorowej).

Nawiązując natomiast do Lwowskiej szkoły matematycznej nie moge nie zachęcić do przeczytania książki autorstwa Mariusza Urbanka, którą wpadła mi ostatnio w ręce, zatytułowanej: Genialni. Lwoska szkoła matematyczna.

Autor, opierając sie na wspomnieniach wielu osób nakreślił barwny obraz lwowskiego środowiska naukowego (wymienieni wcześniej: Banach, Ulam, Steinhaus, Mazur i inni). Opisał ich prace i ich losy w trakcie I wojny światowej i okresie międzywojennym oraz ciemne czasy niemieckiej i sowieckiej okupacji.

By zachęcić do przeczytania książki, warto zdradzić, że opisuje, znane niektórym, epizody takie jak rozwiązanie zagadki z tajemniczej „Księgi Szkockiej” za co nagrodą była żywa gęś oraz nietypowa obrona pracy w wykonaniu Banacha (został on bowiem podstępem zwabiony przed komisję egzaminacyjną).

Matematyka

[Link do artykułu] Twoje dane sprzedawane za 0,0005 dol., w mniej niż 100 milisekund

Wśród wielu odwiedzanych przeze mnie regularnie stron internetowych wysokie miejsce (powiedzmy w TOP-20) zajmuje http://wszystkoconajwazniejsze.pl

Czasami pojawiają sie tam teksty, które czytam z wielkim zainteresowaniem, tak jak to miało miejsce z artykułami Magdaleny Słabej o J. R. R. Tolkienie: http://wszystkoconajwazniejsze.pl/?s=tolkien

Dzisiaj na przykład moją uwagę przykuł taki artykuł Łukasza Olejnika: http://wszystkoconajwazniejsze.pl/lukasz-olejnik-ile-jestes-warty-real-time-bidding-czyli-twoje-dane-sprzedawane-za-00005-dol-w-mniej-niz-100-milisekund/

Dlaczego czasem twoje dane kosztują 0,0005 dol., a innym razem 0,001 dol.? I jak to jest możliwe, że wycena, oferta i zapłata zachodzi dynamicznie, w czasie rzeczywistym?

Stojąca za tym technologia nazywa się Real-Time Bidding (RTB). Umożliwia ona sprzedawanie przestrzeni reklamowej na stronach internetowych, w aplikacjach mobilnych i sieciach społecznościowych. Technologia ta jest coraz popularniejsza i środki przeznaczane na przekaz za jej pomocą stale rosną. W 2013 r. było to ponad 3,3 mld dol., w 2014 r. uważa się, że suma ta przekroczy 4,4 mld dol. Przewiduje się, że w 2015 r. będzie to już ponad 6,1 mld dol., natomiast w 2017 r. nawet 9 mld dol., co będzie osiągnięciem pułapu 30% udziału w całkowitych wydatkach na reklamę w sieci (ang. digital ad spending). W 2020 r. mowa już o 50% udziale. Dane te dotyczą samych Stanów Zjednoczonych.

Natomiast w nieodległej przeszłości umieszczono tam serię artykułów na temat prywatności oraz tego jak państwa i wielkie koncerny sięgają po nasze dane:

http://wszystkoconajwazniejsze.pl/eryk-mistewicz-trzecia-dekada-orwella-1984-2014/

Lista adresów e-mail podobnie jak lista naszych kontaktów telefonicznych to dla firm nowych mediów żyła złota.

Po pierwsze, tworzy mapę relacji każdego z nas. Pozwala oszacować naszą pozycję społeczną, wartość na schemacie społeczeństwa. Wskazać, jak blisko nam do liderów opinii, czy mamy na nich wpływ, a jeśli tak – to jak duży.

Po drugie, wraz z analizą i informacjami o liczbie kontaktów między poszczególnymi elementami sieci, ich intensywności, kierunkach (kto do kogo dzwoni, pisze SMSy, pisze maile, z jakim doborem słów) w stosunkowo prosty sposób tworzy mapę społeczeństwa.

Po trzecie, uzyskanie dostępu do tej listy przez system przypomina położenie karnetu z adresami – dokumentu uznawanego dotychczas za stricte prywatny, na kserokopiarce i rozesłanie go w świat. Przecież nie przekażemy tych danych nikomu.

Swoja drogą cieszy, że nawet Eryk Mistewicz (wręcz honorowy konsul Tweetera) zauważaniebezpieczeństwa zwiazane z utratą prywatności oraz niebezpieczeństwami zwiazanymi z powszechna informatyzacją.

PS. Myślę że w najbliższaym czasie temat wpływu komputerów/informatyzacji na nasze życie będzie się pojawiał częściej na Bestiariuszu .