„American Gothic” fotograficzny suplement

Na odwiedzanym przeze mnie regularnie blogu http://edusens.blogspot.com/ pojawiły się ostatnio dwa wpisy, w których analizowano obraz Granta Wooda „American Gothic” (1930 r.):

  1. http://edusens.blogspot.com/2016/11/intrygujacy-dodatek-czyli-o-american.html
  2. http://edusens.blogspot.com/2016/11/gniew-biaej-wiejskiej-ameryki.html

Po ich opublikowaniu przypomniałem sobie o takim zdjeciu, które widziałem kiedyś w otchłaniach Internetu:  dwanaście lat po namalowaniu obrazu modele (Nan Wood i Byron MacKeeby) przy „swoim” płótnie:

LINK:

Reklamy

Kryminalistycznie – druk 3D w służbie śledczym:

money.cnn.com/video/technology/2016/11/16/solving-cold-cases-by-3d-printing-skulls.cnnmoney

Na Uniwersytecie Południowej Florydy zebrali się artyści policyjni, żeby przy pomocy stworzonych w technice druku 3D czaszek na nowo zrekonstruować twarze niezidentyfikowanych osób — Czaszki z tworzywa pokrywane są plastyczną masą w miejscach, gdzie znajdowały się mięśnie.

Sto lat temu w Wa-wie – Legiony na taśmie celuloidowej, Straszny dwór i podatek.

Film z kroniki – defilada Legionów w Warszawie – rok 1916

oraz o pierwszych – od czasu premiery – nieocenzurowanych przedstawieniach „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki:

Kurjer Warszawski nr 307 (r. 1916)

Dyrekcja Opery zapowiada w najibliższych dniach wznowienie „Strasznego dworu” Moniuszki, Reżyser Kawalski poczynił ku temu wszechstronno przygotowania. Przedewszystkiem dokonał redakcji tekstu, przywrócił dawne brzmienie poszczególnych ustępów, które w szeregu lat dowolnie pozmieniano i zepsuto.

(…)

Dzięki tym zarządzeniom nowej reżyserji, wznowienie „Strasznego dworu” wypadnie ze wszech miar dostojnie i wzorowo — i baśń szlachecka, z naiwną swą intryga miłosną, z obyczajami życia wiejskiego, strachami w zegarze, ze swadą i zwadą w słowach, z pieśnią płynną i rytmem porywającym, będzie widowiskiem, pociągającem całą naszą publiczność. Zwłaszcza, że muzyka w „Strasznym dworze” jest cudna, na wskroś polska, a rozbrzmiewająca istotnie, jakby wśród „ciszy dokoła nocy jasnej i czystego nieba.

(…)

Wznowiona obecnie opera (…) będzie w poniedziałek, d. 13-go b. m. na dochód ochrony im. Promyka (…) Niewątpliwie Warszawa pośpieszy tłumnie na to przedstawienie. Każdy grosz, który w ten sposób wpłynie do kasy ochrony (…) to „promyk” światła i radości dla przygarniętej dziatwy.

Natomiast Kurjer Warszawski nr 313 w wydaniu wieczornym poinformował czytelników:

Z radością powitaliśmy wczoraj wznowienie „Strasznego dworu”. Jest to najdojrzalsze dzieło Moniuszki i dotychczas może najlepsza opera polska, a w każdym razie najbardziej polska opera. Wznowienie — przewyborne pod względem reżyserskim — szwankowało jeszcze cokolwiek pod względem muzycznym, jakby mu brakowało próby jeneralnej. Śpiewacy, zwłaszcza w zespołach, niezawsze byli w ścisłej zgodzie z pałeczką kapelmistrza (p. Śledzińskiego), a więc z orkiestrą, co wytwarzało rytm synkopowy bardzo niepożądany. Te nierówności znikną zapewne na następnych przedstawieniach. Mniejszą natomiast mam wiarę w poprawę baletu, który od lat juz wielu stale tańczy mazura za prędko: żeby jednak nie wiem jak szybkie tempo brał kapelmistrz, tancerze zawsze go wyprzedzają, a tupanie ich i hołubce, w ciągłej niezgodzie z muzyką, sprawiają nieznośne wrażenie. Nic pojmuję, dla czego tak się dzieje, dla czego właśnie w mazurze, tym najpiękniejszym ze wszystkich tańców na świecie, tancerze nasi tańczą tak, jakby wcale nie słyszeli orkiestry? Gdzież ma być dobrze tańczony mazur, jeżeli go źle tańczą na pierwszej scenie polskiej? Trzeba temu koniecznie zaradzić! Jeżeli tancerze nie dosyć słyszą orkiestrę, te kapelmistrz musi się do nich stosować; tak, jak dotychczas, trwać nadal nie powinno. Obsada ról jest wyborna, nie mogę pisać o każdym z artystów z osobna; wspomnę tylko o tych, którzy, o ile mi wiadomo, pierwszy raz wystąpili w swoich rolach. P. Mechówna była tedy świetną Hanną o olśniawającej koloraturze, a p. Gołkowska doskonalą Jadwigą. Ze wszech miar udatny był debiut p. Janowskiego w roli Damazego; niktby się nic domyślił, że jest to nowicjusz — śpiewał bez najmniejszej tremy i bardzo pewnie pod względem muzykalnym, grał wybornie i z całą swobodą, słowem, okazał dużo talentu, (…) P. Dobosz, bardzo sympatyczny, jako Stefan, musiał powtórzyć zakończenie arji z kurantem. Miecznik powinien być ucharakteryzowany na trochę starszego; mógłby też przywdziać w ostatnim akcie kontusz z okazji Nowego Roku i przyjazdu gości.

Szczególnie ironicznie musiała — w połączeniu z krytycznymi uwagami o orkiestrze — zabrzmieć notka znajdujaca się na tej samej stronie Kurjera:

Zarządowi miejskiemu złożono projekt opodatkowania na rzecz miasta właścicieli instrumentów muzycznych w domach prywatnych, sklepach’ i zakładach publicznych.

T

„Telekomunikacja” Anno Domini MXMLXV

ca5d30_59e8bbb378ce43f5b4b03501b77b473b

Centralna stacja telegraficzna w Paryżu; Źródło: http://www.telecom-milestones.com/telegraph-historyblank

Kurjer Warszawski z 1865 r., Nr 229

USTAWA

dla prywatnej korrespondencji za pośrednictwem Telegrafu Policyjnego w Warszawie.

1) Przyjmowanie depesz na 12stu stacjach Telegrafu Policyjnego, rozpoczyna się z dniem 1  Października 1865 r. i służy dla wszystkich w ogólności mieszkańców, w każdej porze dnia i nocy, nie wyłączając dni niedzielnych, uroczystych i galowych, za opłatą podług ustanowionej taryfy.

2) Telegraficzne stacje znajdują się: Główna, przy Zarządzie Warszawskiego Ober-Policmajstra w Pałacu Prymasowskim przy ulicy Staro-Senatorskiej; reszta jedenaście stacji, w Urzędach Cyrkułowych Policyjnych, jako to: w Cyrkule i przy ulicy Podwal, w Cyrkule 2 przy ulicy Zakroczymskiej, w Cyrkule 3 przy ulicy Długiej, w Cyrkule 4 przy ulicy Nalewki, w Cyrkule 5/6 przy ulicy Nowej, w Cyrkule 7 przy ulicy Chłodnej, w Cyrkule 8 przy ulicy Twardej, w Cyrkule 9 przy ulicy Mokotowskiej, w Cyrkule 10 przy ulicy Nowy-Świat, w Cyrkule 11 przy ulicy Nowo-Senatorskiej, w Cyrkule 12 na Pradze.

3) Depesze przyjmują się tak w ruskim jak i polskim języku; adresowane być mogą do wszystkich Cyrkułów w celu rozmaitych sprawdzeń, do Wydziału Adresowego, do Banhofów Dróg Żelaznych Warszawsko-Wiedeńskiej i Warszawsko-Petersburgskiej, do Władz Wojennych, do wszystkich Koszar w obrębie miasta i w ogóle podług życzenia podających depesze, na wszystkie punkta miasta.

4) Kwity z uiszczonej opłaty za depesze wydawane będą ze stacji w której były podane.

5) Przynoszone depesze expedjowane będą z kolei.

6) Jeśliby przynoszący depeszę życzył, iżby takowa podaną była w czasie oznaczonym, to na depeszy wypisać należy: „Zatelegrafować nie później jak o godzinie 7 wieczorem lub rano.”

7) Każda depesza winna obejmować wyraźny adres, to jest ulicę, numer domu i nazwisko osoby, do której adresowana, i napisana czytelnie; napisana niewyraźnie i bez podpisu przyjętą nie będzie.

8) W razach nagłych, podający depesze mogą takowe na stacji napisać.

9) Wysyłający depeszę mocen jest żądać objaśnienia, czyli depesza podana doszła przeznaczenia.

10) Otrzymujący depeszę może żądać sprawdzenia takowej, przez odwrotne telegrafowanie do stacji, z której podana została, lecz nie inaczej, jak za uiszczeniem opłaty wedle taryfy.

11) Przy podaniu depeszy można żądać i odpowiedzi, za uiszczeniem opłaty nie tylko za depeszę ale i za odpowiedź, dopisując w depeszy posyłanej: „Odpowiedź za wyrazów tyle to opłacono.”

12) Roznosicielom depesz, za doręczenie takowych żadna opłata nie należy się.

13) Wszelkie zajść mogące nieporozumienia pomiędzy publicznością i służbą przy telegrafach, tudzież sprawdzenie co do oddanych depeszy, rozpoznawane będą każdodziennie i w każdej porze, w Głównej Stacji w Pałacu Prymasowskim.

Warszawa, dnia 24 Września (6 Października) 1865 roku.

Filmowa odtrutka na „osiem do czterech” — relacja z meczu ze Szkocją 1965

Dodam: wygranego.

http://www.britishpathe.tv/

Głębia ostrości, lalka i generał na „tradycyjnym” obrazie.

1.

Odwiedzając Muzeum Narodowe w Warszawie pewnego razu – nietypowo – wybra­łem się do Galerii Sztuki Współczesnej. Nie będę ukrywał, że jest to mój „naj­nie­ulu­bień­szy” dział i  oprócz serii obrazów „Rozstrzelanie” Wróblewskiego nie oczekiwałem niczego co by mnie mogło tam zaciekawić. Jednak ostatecznie moją uwagę przykuł obraz olejny zatytułowany „13 grudnia 1981 rano” spod pędzla Łukasza Korolkiewicza (z roku 1982).

Już 150 lat temu po pojawieniu się wynalazku fotografii stwierdzono, że malarstwo czeka rychły zgon. Bowiem zdjęcie lepiej odda rysy człowieka niż najlepszy obraz, a ważne wydarzenia zostaną szybciej uwiecznione i rozkolportowane na cały świat (jako przeciwieństwo można podać słynny obraz Velazqueza z 1625 „Poddanie Bredy” stworzony dziesięć lat po tym wydarzeniu – Link do Wiki).

Łukasz Korolkiewicz jak można przypuszczać nie boi się jednak porównań do foto­grafii. Jego obraz wygląda nawet na pierwszy rzut oka jak zdjęcie (zwłaszcza w inter­netowych reprodukcjach): na pierwszym planie mamy ciemne wnętrze, a widok za oknem jest rozświetlony i rozmazany. Paradoksem jest, że obraz – malowany za­pew­nie przez dłuższy czas – rekonstruuje fotografię, która mogłaby zostać zrobiona w kilka sekund i na przykład opublikowana w zagranicznym czasopiśmie jako ilustracja z wprowadzenia stanu wojennego.

Właśnie dramatyczne wydarzenie uwiecznione na obrazie spowodowało, że obraz ten mnie zaciekawił. Oto mamy tutaj wszystkie najważniejsze elementy kojarzące się z „13 grudnia” telewizor z obłudnym przemówieniem generała Wojciecha Jaruzelskiego, smętne zasłonki czy brodaty mężczyzna (czyli „ikoniczny” opozycjonista) wyglądający ostrożnie przez okno i skrywający się za framugą: zapewne przeczuwający swoje internowanie.

2.

Kolejny „fotograficzny” obraz artysty zatytułowany jest „Demony”:

Pierwsze, na co zwraca się uwagę to uważny lub przerażony wzrok dziewczynki. Gdyby była to fotografia powiedzielibyśmy, że ostrość ustawiona została właśnie w tym miejscu. Natomiast później zauważamy rzuconą na stół lalkę i ciemny kąt ze słynną fotografią ks. Jerzego Popiełuszki.

Zobaczmy, że wnętrze rozświetlone jest przez promienie padające od okna, czyli dziewczynka siedząca tyłem do framugi powinna mieć twarz w cieniu. Twarz jednak jest  oświetlona. Ponadto dziecko wydaje się wręcz zahipnotyzowane czymś poza kadrem. Możemy z dużym prawdopodobieństwem (graniczącym z pewnością) za­ło­żyć, że ogląda ona telewizję, a twarz oświetlona jest światłem z kineskopu.

Wydarzenia na ekranie muszą być angażujące, bowiem lalka została położona niestarannie na stole, a dziecko jest „zahipnotyzowane” obrazem. Wspomniana wcześniej fotografia księdza Popiełuszki prawie na pewno umiejscawia te scenę w okresie dramatycznych wydarzeń po 19 października 1984 lub w trakcie „procesu toruńskiego”.

Obydwa te obrazy – to komplement dla Korolkiewicza – kierują moje skojarzenia w kierunku obrazów Jacka Malczewskiego, choć oczywiście dzieła J.M. były bogatsze w symbole (a nawet nimi przeładowane). Z tym, że PRLowskimi odpowiednikami rusałek czyhających na wędrowców, demonów, czy wody z zatrutej studni są: generał, porywacze ks. Jerzego czy telewizor emitujący propagandę.

3.

Natomiast pobieżna „kwerenda internetowa” zwróciła moją uwagę na artykuł o Łu­ka­szu Korolkiewiczu ((LINK)) oraz jeszcze jeden fotograficzny obraz Korolkiewicza: „Kontemplacja” (z  1979):

Malarz zastosował tutaj dużą głębię ostrości, kierując swój „obiektyw” na postać w tle i rozmazując pierwszy plan. Co ciekawe i w tym obrazie można się doszukiwać aluzji do ówczesnej sytuacji politycznej: mężczyzna siedzący w skarpetkach na materacu położonym na ziemi, leniwie palony (a nawet kontemplowany!) papieros oraz kartki (ulotki!) to przecież eksponaty kojarzące się ze strajkami i głodówkami przeciw ówczesnej władzy. Niestety reprodukcja nie pozwala dokładnie przyjrzeć się temu obrazowi.

4.

Wieloznaczny stosunek artysty do malarstwa i fotografii najlepiej chyba jest oddany na zdjęciu wykonanym przez Krzysztofa Serafina. Korolkiewicz ukrywa się za tandetną reprodukcją – wydrukiem obrazu Veermeera – i siedzi przy odwróconych obrazach. Znajdujące się na stole: czaszka i szklanka pełna herbacianych fusów wieszczą – być może już ostateczną – śmierć malarstwa.

5.

A ponieważ artysta tworzy, a jego obrazy ciągle „krążą” po rynku sztuki, kilka z nich można obejrzeć na stronie: Galerii aTAK.

[Prasówka] Rosjanie kupują tereny dla „zielonych ludzików” w Finlandii?

Całość: http://www.defence24.pl/481898,rosjanie-kupuja-tereny-dla-zielonych-ludzikow-w-finlandii

Jak podejrzewa fiński kontrwywiad Supo, Rosja kupuje w kraju tereny, na których mieszkać ma jej „personel wojskowy” – podają fińskie media.

Jak donosi Yle Uutiset powołując się na Italehti, jedna z głównych służb specjalnych Finlandii podejrzewa, że sąsiednia Rosja wykupuje na jej terytorium ziemie z myślą o działaniach dywersyjnych. Według doniesień Finowie przypuszczają, że rozmieszczony na nich zostanie personel wojskowy, a Rosjanie będą w stanie – jako właściciele – blokować okoliczne drogi. Obecnie fińskie prawo nie nakłada żadnych limitów na możliwość zakupu ziemi przez obcokrajowców. 

(…)

[Znalezione w sieci] Re-premiera filmu „Halka” z 1929

hal

http://www.iluzjon.fn.org.pl/aktualnosci/info/762/re-premiera-przedwojennej-opery-halka-17-listopada.html

Jedna z trzech polskich przedwojennych ekranizacji opery „Halka” Stanisława Moniuszki do libretta Włodzimierza Wolskiego wraca na ekrany w nowej jakości.

Uroczysta repremiera „Halki” (1929/1932) w reżyserii Konstantego Meglickiego z muzyką na żywo autorstwa Jerzego Rogiewicza odbędzie się 17 listopada o godzinie 19:30 w stołecznym kinie Iluzjon – Muzeum Sztuki Filmowej.

Choć zabrzmi to praradoksalnie, to pierwszy film oparty na operze (!) Moniuszki został nakręcony jako film niemy. 🙂

Film według scenariusza Jerzego Brauna – m.in. współscenarzysty „Mocnego człowieka” (1929) Henryka Szaro – zrealizowano w 1929 roku, u progu ery dźwiękowej, jeszcze jako film niemy. W kinach był wyświetlany z ilustracją śpiewno-muzyczną nagraną na płytach gramofonowych.

 

 

 

Fenomenalny Andrzej Hiolski w arii z „Cyrulika Sewilskiego”

Dla wszystkich, którzy chcą śledzić tekst lub angielskie tłumaczenie wklejam fragment libretta:

Czytaj resztę wpisu »

Rozbrajanie Niemców – XI 1918

[Prasówka] Pechowi piraci morscy (popkultura+rzeczywistość)

Coś dla miłośników książek Toma Clancy’ego (zwłaszcza „Stanu zagrożenia” [Clear and Present Danger]) i filmu „Stan zagrożenia” z Harisonem Fordem:

Oto jeden z „kinowych” prezydentów USA:

w książkowej/filmowej opowieści kompletnie nie panował nad swoją administracją, co pozwoliło ambitnemu wiceprezydentowi dokonać tajnej terrorystycznej inwazji na Kolumbię. Oczywiście w ramach walki z mafiami narkotykowymi.

Na szczęście niecne plany pokrzyżował niepozorny super-agent & analityk John Patrick (Jack) Ryan:

Niestety Ryan po nieautoryzowanej akcji wiceprezydenta musiał zeznawać przed kongresową komisją śledczą, z czego – jak w każdej baśni – wyszedł obronną ręką, kontynuując karierę w amerykańskim stylu:

od wykładowcy historii w Akademii Marynarki Wojennej, przez przepastne komory balastowe „Czerwonego Października”, bagno Centralnej Agencji Wywiadowczej, aż po własny fotel w Owalnym Gabinecie (sic!).

Zajęło mu to zaledwie kilka powieści 😀

A teraz o piratach!

Wszystkie dramatyczne wydarzenia wspomianej historii miały miejsce po tym, gdy Straż Przybrzeżna zatrzymała na przemytników narkotyków z Kolumbii, za morderstwo dokonane na morzu, co stanowiło podstawę do próby przeprowadzenia procesu na podstawie przepisów dotyczących zbrodni piractwa z… XIX wieku.

Ksiązka ta przypomniała mi się po przeczytaniu w dniu wczorajszym pewnej notatki prasowej:

http://www.defence24.pl/487272,usa-piraci-pomylili-okret-ze-statkiem-i-dostali-dozywocie

Dwóch somalijskich piratów, którzy ostrzelali w 2010 roku amerykański okręt desantowy z karabinków AK-47 zostało skazanych na dożywocie. Trzeci otrzymał wyrok 33 lat więzienia.

Do ataku doszło w kwietniu 2010 r. na Zatoce Adeńskiej 330 Mm od Dżibuti. Siedmiu somalijskich piratów na szybkiej łodzi motorowej pomyliło amerykański okręt desantowy USS Ashland (LSD-48) typu Whidbey Island z cywilnym statkiem transportowym i próbowało z bronią dokonać jego abordażu. Kiedy jednak otworzyli ogień z karabinków AK-47 z okrętu oddano dwa strzały z armaty Mk-38 Mod 2 kalibru 25 mm, które zabiły jednego z Somalijczyków i resztę zniechęciły do jakichkolwiek działań.

Piraci zostali później aresztowani i postawieni przed sądem stanu Wirginia w Norfolk. Początkowo pięciu z nich otrzymało wyroki więzienia od 30 do 40 lat. Były to pierwsze ukarane akty piractwa w Norfolk od ponad 150 lat.

[znalezione w sieci] The last day of hot metal press before computers come in at The New York Times

[Prasówka – Blog 2+3D] O nowomowie dizajnu + dodatki graficzne

bez-tytulu

Problem – absurdalne użycie język obcego. Źródło: http://www.nowomowa.com.pl/realizacje/reklama_wizualna/reklama_wewnetrzna.html

http://www.2plus3d.pl/artykuly/wciskanie-kitu-o-nowomowie-dizajnu

W pismach, na stronach internetowych czy w programach telewizyjnych z „designem” w tytule obserwujemy coś, co można określić jako szczucie dizajnem. To wciskanie kitu polega na udawaniu, że wszystko jest OK i jedyną rzeczą potrzebną ludziom do szczęścia jest dizajn, że jesteśmy takim samym europejskim krajem jak, dajmy na to, Holandia czy Dania, a nasze marzenia krążą wokół pięknych rzeczy… Może i krążą, jednak z tą różnicą, że te rzeczy kosztują Tu tyle samo co Tam, a średnie zarobki są całkiem inne. Przeciętnie zarabiający Polak może jedynie pooglądać dizajn, nabierając przekonania, że to coś, na co go nie stać.

(…)

Ratowanie zasobów planety, wykorzystywanie lokalnych źródeł materiału i zasobów ludzkich, odnawialność materiałów, unikanie produkcji odpadów, ograniczanie zużycia energii, kształtowanie zrównoważonego społeczeństwa… To wszystko pięknie brzmi, ale jak ma się do tego naszyjnik z papieru, kolejna lampa z trawy, przycisk na biurko z ekologicznego plastiku czy inne mało potrzebne gadżety za grube pieniądze? Określenie „dizajn zrównoważony”, a przynajmniej jego brzmienie, stało się swoistą manierą, przykrywką do produkcji kolejnych niepotrzebnych rzeczy, bez których świat, który chcemy ratować, może spokojnie się obejść. Trochę gorzej z projektantami, którzy upatrują w byciu „trendy‑zrównoważonymi” szansy na powodzenie. Nie ma w tym nic szczególnego, że ludzie chcą osiągać sukces, tylko po co rozmydlać go wciskaniem kitu? Takie podpinanie się z „trendy‑gadżetami” pod ideę szukania zrównoważonego świata to kokieteria niemająca wiele wspólnego z ratowaniem Ziemi.

Produkowano by mniej kitu, gdyby ładnym przedmiotom towarzyszyły szczere wypowiedzi. Nie powinny one pozostawiać wątpliwości, że niektóre rzeczy mają jedynie dobrze wyglądać, być ozdobą, sprawiać przyjemność. Bo pewne przedmioty są właśnie do tego. Wtedy już nabywca decyduje, czy kupuje ten kit, czy też nie. Gorzej, jeśli usiłuje się nas przekonywać, że są to rzeczy „wielkoideowe”, a kupując je, robimy sobie podwójnie dobrze – nie tylko zostajemy ich posiadaczami, ale ratujemy świat.

Goplana, maliny i zmory w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej

Pierwsze od roku 1949 przedstawienie „Goplany” autorstwa duetu Żeleński-German niewątpliwie jest wielkim wydarzeniem, wartym odnotowania i skomentowania, jednak dzisiaj Bestiarusz Kulturalny postanowił zamieścić – znalezioną jakiś czas temu – oryginalną recenzje z PRAPREMIERY Goplany w roku 1896,

a także unikatowy egzemplarz libretta z Biblioteki Teatru Lwowskiego (Lwów, 1896), z wpisami suflerskimi[link].

A oto recenzja:

GŁOS NARODU z dnia 24 Lipca 1896 roku, Nr. 168 [LINK]

Z dawna — i z takiem upragnieniem oczeki­wana najmłodsza córa muzy Władysława Żeleńskiego „Goplana”, została wczoraj po raz pierwszy w świat wprowadzoną. Łatwo zrozumieć, że ukazanie się na widowni dzieła, do którego ogół polski i wielkie zna­czenie i tyle nadziei dla sztuki przywiązywał, mu­siało obudzić wśród niego niezwykłe ożywienie, a za­interesowanie w mieście naszem tem silniejsze, że pierwszy to podobno wypadek, aby opera świeżo po­wstała, święciła premierę na scenie krakowskiej.

Jak wiadomo, libretto do „Goplany” zawdzięcza Żeleński radcy szkolnemu p. Germanowi, któremu znów głównego materjału dostarczył Słowacki, czer­piący klejnoty do swojej „Balladyny” — ze skar­bnicy podań ludowych.

Że „Balladyna” nie od dziś stanowiła cel we­stchnień dla kompozytorów naszych, o tem świadczy illustracja muzyczna, w jaką część fantastyczna zwła­szcza utworu została uposażoną naprzód przez Hoffmana, a następnie przez Henryka Jareckiego. Tej predylekcji zresztą muzyki dla poematu Juljusza dzi­wić się nie można. Wprowadzenie do dzieła czyn­ników wysoko idealoych ze skrajnie fealistycznemi, rozmaitość obrazów, to raz trzymanych” w oświetleniu łagodnego liryzmu, to znów pogrążonych w nastrój silnie dramatyczny — wszystko to przecież powody, mogące do „Balladyny” pociągnąć kompozytora, któ­ry po za obszarem uczuć znajduje tutaj jeszcze wdzięczne tło do uwydatnienia, czy to barwnej cha­rakterystyki, czy też efektów nastręczających się z ze­tknięcia dwóch kontrastujących z sobą światów: ziemskiego i eterycznego.

Nazwisko Słowackiego i imię głównej jego bo­haterki uwalnia nas od szczegółowego powtórzenia treści opery. Oczywiście w przetworzenia budowy po­ematu dokonanem ręką p. Germana na libretto, da­wne sytuacje ledwie się tutaj migocą, postacie ledwie się wychylają, rzecz jednak cała, przyznać trzeba, z wielką zręcznością ułożona. Z wyjątkiem zakończęnia samego, gdzie akcja zbyt pospiesznym krokiem dąży do rozwiązania katastrofy, sytuacje zresztą roz­wijają się naturalnie, symetrja w budowie i w ugru­powaniu figur — odpowiednia, górujące efekty, tre­ściwie i praktycznie przygotowane. Niepraktycznem jedynie dla kompozytora może być: 1) usunięcie z głó­wnego personalu głosu basowego, tej ważnej podstawy dla ensemblu i 2) wprowadzenie w obsadę naczelnych partyj aż sześciu głosów żeńskich — zbytek, na jaki nie prędko która scena zdobić się potrafi. Nie­mniej zastanawiającą jest rzeczą, dlaczego poemat Słowackiego w przeobrażeniu swem na operę otrzy­mał nazwę „Goplany”? Możnaby stąd wnosić, że punktu ciężkości działania powinnibyśmy szukać w czę­ści fantastycznej opery, gdy tymczasem rzecz ma się, przeciwnie i podobnie jak w tragedji tak i tutaj po­stać Balladyny pozostaje na dawnem stanowisku — głównej bohaterki utworu.

Na kanwę ujętą w ramy 3-aktowej partycji rzu­cił Żeleński mnóstwo kwiatów szczerego natchnienia. Arja wstępna „Goplany” piosnka Grabca, romans Kirkora, scena marzycielska Aliny przy końcu I aktu, scena zamiany Grabca w wierzbę, pieśń przy winie w akcie ostatnim — wszystkie te ustępy pełne są pięknych pomysłów i świadczą chlubnie o subtelno­ści uczuć. Nader wdzięcznym jest także chór rycerzy wstępny i chór wieśniaków w akcie II, gdzie żywioł narodowy w sympatycznej i iskrzącej objawia się for­mie. Ale koronę partycji nazwalibyśmy na wskróś dramatycznością owiany duet między Aliną a Balladyną jak w ogóle cały akt II odznaczający się szczególną melodyjnością i efektownym układem.

Obok tych pereł jednakże nie brak w partycji miejsc nużących rozwlekłością, jak n.p. kwintet I aktu lub też takich, które ludzi muzykalnie wykształ­conych mogą przez swoje kombinacje harmoniczne i kontrapunktyczne w zachwyt wprowadzić, ale dla przeciętnego słuchacza operowego mają znaczenie — łamigłówki. Najmniej szczęśliwym wydał się nam akt III w pierwszej swej połowie, aczkolwiek nale­żałoby oczekiwać, że właśnie z wzrastającą na sce­nie akcją wzmoże się także energja kompozytora i puls jego do energiczniejszej twórczości pobudzi. Brakuje także muzyce eterycznej „Goplany” tej powiewności, która u Mendelsohna we „Śnie nocy le­tniej” w tak nierozerwalną całość z poematem się splata, że jednej bez drugiego pomyśleć nie można. Jakkolwiek indywidualność Żeleńskiego na każdej nie­mal karcie partycji cechę swoją znacząco wyciska, nie da się przecież ukryć, że twórca „Goplany” na podszepty obcych kompozytorów, jak n.p. Schuberta, Thomasa, Masseneta, nie zawsze obojętnie się zacho­wuje. Jeżeli zaś koniecznie idzie o wynalezienie wzo­ru, mogącego służyć tutaj za szczególną modłę do naśladownictwa, to wzór ten dałoby się odnaleźć w znakomitym twórcy „Lohengrina”. Widać to nie tylko z traktowania orkiestry, której Żeleński nadaje ważną rolę, chociaż nie tak ważną, jak Wagner chcą­cy niekiedy głosy ludzkie zepchnąć na plan ostatni, ale widać także i z owego splotu motywów tak zwanych: „programowych”, powtarzających się w ciągu opery w różnych tonacjach i harmonjach. Nie można jednak z tego powodu czynić zarzutu kompozytorowi. Dzisiaj, kiedy wszyscy prawie stąpają śladami wytkniętemi przez Wagnera, żądanie, aby kompozytor nie ulegał wpływom nowożytnego reformatora dra­matu muzycznego, byłoby chyba tylko prostem dzi­wactwem.

Że partycja „Goplany” pod względem opracowa­nia technicznego zdradza rękę mistrza, który taje­mnice sztuki zgłębił do dna — o tem dobrze wszystkim wiadomo. Aby więc rzecz w kilku słowach zakończyć, powiedzmy: „Goplana” jest dziełem wykwintnego smaku, opracowanem z drobiazgową starannością tak w kierunku wokalnym, jak i orkiestralnym, dziełem, nakazującem poszanowanie dla twórcy swojego, nie­tylko z powodu jego wysokich zdolności kompozytor­skich i daru kombinacyjnego, ale i z powodu usiło­wań, jakie około wydobycia nowych żywiołów dla naszego dramatu lirycznego podjął.

Jaki los czeka „Goplanę”, przyszłość okaże. To jednak pewna, że ci, którzy pod sterem dyr. Jare­ckiego zespolili się wczoraj na scenie naszej nie; szczędzili nakładu sił, aby dzieło przyodziać w szatę jak najgodniejszą i zbliżyć go do serca słuchaczów. Chcąc wymienić zasłużonych, należy powtórzyć wszy­stkie imiona objęte afiszem, a więc panie: Kasprowiczową, Dąbrowską, Kiustelnicką, Camilową, Kliszewską, Bohussównę; panów: Sienkiewicza, Gór­skiego i Almę.

Na słowo gorącego uznania zasługują również, dobrze przygotowane chóry i orkiestra a wraz z stro­ną dekoracyjną i kostiumową godzi się podnieść cały układ sceniczny przedstawienia, który do celniejszych wyników pracy reżyserskiej należy, ile, że sama na­tura wprowadzonych na scenę postaci, charakter poe­tycznej fikcji, potrzeba wreszcie połączenia i dopaso­wania najsprzeczniejszych z sobą czynników — wszy­stko to stanowi trudne istotnie zadanie dla artystów, reżyserji i maszynerji. Słowem, w każdym kierunku objawiło się staranie o jak najsumienniejsze spełnie­nie obowiązku względem dzieła polskiego, w którego bliższe rozpatrzenie niestety zbyt późna pora (przedstawienie przeciągnęło się do godziny 11) dzisiaj za­puszczać nam się nie pozwala. Ocenił te szlachetne usiłowania najwymowniej sam kompozytor; gdy bo­wiem z zapadnięciem kurtyny po 1-szym akcie cała sala zawrzała burzą oklasków i wywoływań, złączo­nych z huczną fanfarą orkiestry, ukazuje się na sce­nie formalnie zasłanej kwiatami twórca „Goplany” i wśród przejmującego wzruszenia zabiera głos aby po­dziękować artystom, którzy dzieło jego prawdziwą miłością otoczyli.

Pozostaje wreszcie dodać, że powtórzona po skoń­czeniu opery owacja, wywołała również na scenę au­tora libretta i dyr. Jareckiego, którym za udział w tem uroczystem święcie, jakie sztuka polska wczoraj na scenie krakowskiej obchodziła, miano istotnie „dobrze zasłużonych” przynależy.

Zaduszki 02 – polska parafraza „Dies irae” – z manuskryptu Jerzego Elsnera (1847 r.)

dies ir02.jpg

Dzień ów gniewu dzień zniszczenia
I w proch świata obrócenia
Spełni proroctw ogłoszenia.

Jakiż strach, przejmie każdego
Gdy ujrzy Boga sędziego
Na osądzenie wszystkiego

Trąba groźna Archanioła
Groby świata wzruszyć zdoła,
Przed tron Pański nas powoła

Śmierć zadrży i przyrodzenie
Że wszelkie wstanie stworzenie,
Na wyroku usłyszenie

Z księgi będzie objawiony,
Szereg czynów dopełniony
Iz tego świat osądzony

A gdy Sędzia juz zasiędzie
Wszystko na jaw wydobędzie
Nic bez kary tam nie będzie

Lecz ja nędzny powiem, Panie
Kto obrońcą się mym stanie
Gdy każdy uzna karanie

Królu Tronu straszliwego
Który zbawić chcesz każdego
I mnie także zbaw grzesznego

Wspomnij Królu wybawienia
Jam powód Twego cierpienia
Nie gub mnie w dzień zatracenia

Szukałeś mię spracowany
Odkupiłeś krzyżowany
Niech nie zginą twoje rany

Sędzią Boże sprawiedliwy
Bądź mi teraz miłościwy
Nim przyjdzie ów dzień straszliwy

Wzdycham z serca obwiniony
Wstyd mnie za grzech popełniony
Bądź tu Boże uproszony

Magdalenie Tyś darował
I łotrowi gdy żałował
Dla mnie nadzieje zachował

Prośba ma niegodna tego
Lecz sam z miłosierdzia Twego
Zbaw, mnie od ognia wiecznego

Niech zdobremi połączony
Będę od złych odłączony
Na prawicy postawiony

A gdy skończysz z przeklętemi
W Ogień piekła skazanemi
Powołaj mnie z wybranemi

Pokorne wnoszę błagania
Z Sercem skruszonym wołanie
O mym losie miej staranie

Dzień to będzie opłakany
Dzień to będzie opłakany
Kiedy zgrobu powołany

Stanę jako obwiniony
Przebacz wszelki błąd spełniony
Przebacz wszelki błąd spełniony

Łaskawy Jezu i Panie
Daj im wieczne spoczywanie

 

Źródło cyfrowa biblioteka POLONA: https://polona.pl/item/1220539/

Zaduszki 01 – Stanisław Tęczyński – portret

Uważne spojrzenie, wspaniały staropolski strój i postawa godna arystokraty – to Stanisław Tęczyński. Gdy Tomasz Dolabella uwieczniał młodzieńca na obrazie, Stanisław nie mógł wiedzieć, że niedługo umrze. Będzie miał wtedy zaledwie 23 lata.

Moim zdaniem najciekawszy portret, który pozostał nam po I Rzeczypospolitej.

http://www.ratujtenczyn.org.pl/files/Portret_Stanis_awa_T_czy_skiego.pdf

Stanisław, hrabia na Tenczynie (1611-1634), herbu Topór, najmłodszy z trzech synów Jana Magnusa Tęczyńskiego, wojewody krakowskiego, i Doroty z Mińskicgh (…) Umarł w Kamieńcu Podolskim w czasie przygotowywanej wojny z Turcją (podobno na skutek ran zadanych mu przez dzika na polowaniu), zamykając linię męską rodu (mowę w czasie wyprowadzenia zwłok z obozu wojskowego wygłosił 10 listopada Jakub Sobieski). Młodzieniec ukazany we wnętrzu mieszkalnym, stojący obok stolika nakrytego wschodnim dywanem; prawa dłoń wsparta na biodrze, obok rękojeści karabeli, lewa na książce na stoliku. Ubrany w biały żupan, takiegoż koloru delię podbitą brunatnym futrem, zapiętą szeregiem guzów oraz w ciemne spodnie; buty żółte, na głowie ciemnoczerwony kołpak z pękiem czaplich piór, ozdobiony klejnotem. Tło płaskie, ciemne, w prawym górnym rogu ożywione otworem okiennym z widokiem na niebo z obłokami. W lewym górnym narożniku napis: STANISLAYS COMESIN TEN. / CZYN. IOANNIS PALATINI CRAC[OVIENSIS] VLTIMI VIRORVM DE TENCZYN FILIVS.
(…)
Autor zdradza dobrą znajomość realiów polskiej kultury szlacheckiej, dostrzegalną głównie w wiernym odtworzeniu akcesoriów stroju i otoczenia. Kobierzec tzw. polski na stoliku, import z Kaszanu, ma bliski odpowiednik w prywatnej kolekcji w Kuwejcie, co ujawniła Christine Klose (1993) stwierdzając zarazem, iż portret wawelski jest jednym z dwóch znanych w świecie wizerunków z przedstawieniem kobierców z Kaszanu (obok Portretu Senatora Leandra Bassana w Ashmolean Museum w Oxfordzie). Sugestywność ujęcia postaci, szczegółów pozy i wyrazu twarzy przemawiają za powstaniem dzieła jeszcze za życia Stanisława, w krótkim czasie po jego powrocie z Włoch w r. 1633, a przed wyjazdem do Kamieńca, zapewne w następnym roku. Stanisław był więc wtedy w wieku 22-23 lat, czemu nie przeczy jego malarska podobizna. Łacińską inskrypcję uznać wypada za późniejszą, umieszczoną już po śmierci Stanisława, kiedy wiadomo było, że to jego ojciec, który go przeżył, jest „ultimus yirorum de Tenczyn”.