Odpowiednią dać rzeczy barwę…

http://www.thisiscolossal.com/2018/01/werners-nomenclature-of-colours/

Reklamy

Zaginiony blurb do Emmy Jane Austen :)

Okladka zaginęła dawno temu. Niejasno pamiętam, że przedstawiała kobiety w długich sukniach i czepkach, kolorowe rycinki (…). Na początku lat sześćdziesiątych XX wieku polskie wydawnictwa nie miały w zwyczaju zamieszczać blurbów. Dziś notatka wystukana ręką kogoś z działu promocji mogłaby brzmieć następująco:

Klasyka powieści. Miłosne perypetie w scenerii angielskiej prowincji. Bystra, urodziwa i bogata Emma Woodhouse wierzy w swój talent do kojarzenia małżeństw. Jednak serca jej najbliższych kryją wiele tajemnic, a i własne uczucia potrafią zaskoczyć. Poznajcie żywiołową pannę Woodhouse i grono jej przyjaciół: surowego pana Knightleya, skromną Harriet, powściągliwą Jane Fairfax i jedynych w swoim rodzaju państwa Elton.

„Emma” jest jak Kubuś Puchatek: grupa postaci, zasadniczo poczciwych, chociaż niepozbawionych wad, snuje się po rolniczej okolicy. Bohaterowie składają sobie wizyty i mówią. Gadają. Ględzą. Konwersują. Troski materialne nie odgrywają większej roli. Prosiaczek zawsze znajdzie żołędzie. Puchatek : trwogą opróżnil ostatnią baryłkę miodu, ale w następnym rozdziale spiżarnia jest pełna , więc wszyscy wędrują zagrć w misie-patysie.

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, s. 43-44

Konfrontacja poetycko-wizualna – część IV


WARSZAWA ŚRÓDMIEŚCIE – MILANÓWEK,
GODZINA 23.42

Przez Warszawę Zachodnią jechały pociągi
Wiały przez nie ostatnie zimowe przeciągi

I jak żywa osoba śnieg szedł przez wagony
Miał swój orszak – to były kawki i gawrony

To były suche olchy wierzby te wzdłuż torów
Przez Zachodnią Warszawę Ursus i Jaktorów

IMG_0154vbbbb

Na podłodze leżała zgwałcona dziewczyna
W gazecie było foto – we krwi trup Rywina

To były suche olchy zamarznięte stawy
To był ostatni pociąg jak sztandar Warszawy

Kosmos żywa osoba wchodził do wagonów
I była wokół wieczność wysokich peronów

I ci co tam jechali to w wieczności spali
Tu nad każdym gwiazdeczka kiedyś się zapali

 Pieter_Bruegel_the_Elder_-_Winter_Landscape_with_Skaters_and_a_Bird_Trap_(detail)_-_WGA03335

O Mazowsze ty moja rodzinna kraino
Ja nie wiem za co teraz twoi chłopcy giną

I czas tu jest jak czaszka – strzaskana i pusta
I zamieć szła wzdłuż torów i płakała w chrustach

Niż ten płacz ja innego nie chcę mieć pomnika
W gazecie było foto – we krwi trup Michnika

Już zbliżają się światła smutnego Brwinowa
Jutro będzie w gazecie jakaś inna głowa

Lecz kto jak ja – w krainie tej jest urodzony
Tego w wieczność zawiozą te same wagony

1 marca 2003 roku

train04

Poprzednie odcinki konfrontacji poetyckich:

czyli m.in „Pierwszy, wszechświatowy, międzyepokowy Slam poetycki…” https://bestiariusz.wordpress.com/2015/04/06/slam-poetycki/

i kolejne:

https://bestiariusz.wordpress.com/2015/04/13/konfrontacje-poetyckie-ii-milosz-versus-herbert/

https://bestiariusz.wordpress.com/2015/04/21/konfrontacjha-poetycka-nr-3-herbert-vs-gajcy/

Kolekcjonerskie wydanie „De revolutionibus…” Mikołaja Kopernika

​http://culture.pl/pl/artykul/kopernik-ze-zlota-czyli-nowe-zycie-starych-ksiag

Najnowocześniejsze skanery, 24-karatowe złoto i meteoryt sprzed 4,5 miliarda lat. Współczesne wydanie Autografu Kopernika, najcenniejszego manuskryptu w Polsce ukazało się w edycji kolekcjonerskiej 99 egzemplarzy. Jest spektakularne! W Culture.pl zaglądamy do pracowni rzemieślniczej, która zabytkowym rękopisom nadała nowy blask.

[Prasówka] Starodruki ze śmietnika trafią do muzeum :)

http://kultura.gazetaprawna.pl/artykuly/1053594,starodruki-smietnik-muzeum-w-ketrzynie.html

Z jednego z pojemników w śmietniku wystawał grzbiet książki w ozdobnej oprawie, pod spodem leżało luzem kilkadziesiąt innych.

„W pierwszej chwili nie wiedziałem, że są one tak stare. Po prostu zaciekawiło mnie nazwisko Woltera na okładce jednej z nich. Dopiero potem zorientowałem się po datach, że zostały wydrukowane przed rewolucją francuską”

[Biblioteki cyfrowe] 1922 r. – Samouczek techniczny – „Terrarjum (zwierzyniec pokojowy)”

http://delibra.bg.polsl.pl/dlibra/doccontent?id=22745

ter

WSTĘP.
Nic nic może zająć więcej miłośnika przyro­dy, jak badanie i obserwowanie zwierząt i roślin z bliska. Studiowanie takie jest milą i poży­teczną rozrywką; milą bo daje dużo ciekawych i przyjemnych chwil, a zwierzątka dobrze utrzymane i hodowane wesołością swoją i figla­mi uprzyjemniają nam dużo czasu i uczą kochać przyrodę, zaś pożyteczną bo nauczymy się wie­le przez odpowiednie badanie zwyczaji i zacho­wania się tych stworzeń. Oczywiście powin­niśmy dać zwierzętom tym wszystko co mają na wolności, by mogły żyć tak jak są przyzwy­czajone. [sic! – komentarz Bestiariusza]
Do trzymania zwierząt potrzebujemy zwie­rzyńca zwanego z łacińska Terrarjum (terra — ziemia).

(…)

Do hodowania w  terrarjach suchych nadają się wszelkie rośliny rosnące na naszych
polach i łąkach, które nie śą zbyt duże i nie wy­dają za silnej woni. Jeżeli chcemy mieć rośliny trwałe (byliny), to jest takie, które żyją po kilka lat, to musimy już postarać się o wysadki lub nasiona u ogrodnika informując się odrazu, jakiej ziemi onepotrzebują, to jest gliniastej czy też czarnoziemu lub torfowej i t.p.
W basenie możemy umieścić kilka roślin wodnych więc np.: moczarkę (Clodea canadensis), rzęsę wodną (Lemna) i t. p. Bardzo ładnie wygląda na szczycie skały roślinka mająca wy­gląd palmy, tak zwaną ciborę (cyperus), którydostać możemy u każdego lepszego ogrodnika.
Potrzebuje ona jednak dużo wilgoci tak, że wazonik powinien być do połowy zanurzony w wodzie. Ciekawą do obserwacji jest rosiczka (Drosera rotundifolia) roślina, która chwyta i zjada owady i.w.i.

(…)

Przy doborze zwierząt należy dobierać ta­kie, które dobrze ze sobą się znoszą o ile nie postanawiamy oddawać jednych na żer drugim jak n.p.: ślimaków żółwiowi, much i chrząszczy padalcowi i t. p. W basenie w którym są rośli­ny wodne, powinny być także zwierzęta, zja­dające gnijące części roślin, by utrzymać czy­stość. W razie zjedzenia ich przez większych mieszkańców terrarjum należy się postarać o inne. Można w basenie zrobić kącik z małem wejściem w którym małe zwierzątka mogą się, chować przed większymi, w ten sposób będzie­my nieraz świadkami ciekawych pościgów i ucieczek.

[sic! – podkreślenie Bestiariusza]


PS. Tak, wiem, większość wymienionych w ksiażeczce gatunków to gatunki chronione i obecnie  ich hodowanie jest zakazane.

Vini rarissimus vsus; nec vineae cultura cognita – czyli typograficzna uczta z Atlasu Orteliusza.

To karty z wydanego w 1570 roku atlasu Theatrum Orbis Terrarum

10000096.jpg

Czyli piękny układ graficzny strony i starannie sporządzone mapy:

POLS.JPG

pol2.JPG

[EDIT] Dopiero po opublikowaniu posta zauważyłem, że Wisła na odcinku między Czerskiem a Warszawą opisana jest jako: Drwencza[/EDIT]

Zdaniem twórców (o ile dobrze zrozumiałem 🙂 ) Polska:

– nazwę swą bierze od ziemi, którą tam nazywają „pole”
– ziemia jest żyzna
– wino jest rzadko używane, a uprawa wniorośli nie jest znana
– ma zasoby soli, wydobywanej spod ziemi
– a w walce prym wiedzie jazda

POLONIAE REGNVM.
POLONIA, quae a planitie terra, (quam ipsi vernacule etiamnum Pole vocant) nomen habet, vasta Regio est, quae Schlesiae ad Occidentem proximat. Hungaris, Lithuanis, ac Prutenis contermina. Diuiditur in Maiorem & Minorem. Maiordicitur, quae Septentrionem aspicit, habetque Guesnam, Posnauiamque, insigniora loca. Minorem vocant, quae ad Meridiem vergit, habetque nobilem Vrbem Cracouiam, ad caput Vistulae, quae Regionem diuidit, sitam; reliquae Civitates parum nitidae. Ex maceria domos ferme omnes componunt, plerasque luto linunt. Plaga Regionis palustris est, & nemorosa. Potus genti cereuisia. Vini rarissimus vsus; nec vineae cultura cognita. Equitatu in bello maxime praestat. Ager ceteris ferax; multa genti armenta; multa ferarum venatio. Melle abundat. Habet & Salis maximam copiam, quod ex terra eruitur. Habet & aeris fodinas in montium iugis, Tatri, ab incolis dictis: nec non sulfuris. Sub Regno Poloniae continetur Lithuania, Samogitia, Masouia, Volhinia, Podolia, & Russia, quae Meridionalis cognominatur, & Ruthenia quoque a nonnullis dicitur.

(…)

A to jeszcze jedna karta z atlasu — opis Wielkiego Księstwa Moskiewskiego:

Theatrumorbis terrarum 10000100.jpg

Całośc dzieła do obejrzenia na stronie:

[Zapowiedzi wydawnicze] Nowe dwujęzyczne wydanie Platona – dialog „Kriton”.

http://www.omp.org.pl/aktualnosc.php?idAktualnosci=294

Teologia Polityczna wraz z Ośrodkiem Myśli Politycznej wyda dialogi Platona w nowym tłumaczeniu prof. Ryszarda Legutki. Jako pierwszy tom w nowej serii Biblioteki Platońskiej ukaże się Kriton.

Kriton należy do najbardziej znanych dialogów Platona, a jego główny temat – odrzucenie złożonej Sokratesowi przez Kritona propozycji ucieczki z więzienia – do dzisiaj w fundamentalnym stopniu kształtuje wyobraźnię filozoficzno-polityczną Europy. Wspólnie z Ośrodkiem Myśli Politycznej planujemy wydanie tego jednego z najważniejszych dialogów dorobku Platona w tłumaczeniu prof. Ryszarda Legutki. Oprócz polskiego przekładu wydanie obejmie także grecki tekst dialogu i obszerny komentarz napisany przez tłumacza.

(…)

Czytaj resztę wpisu »

[Cytat] O współpracy bolszewicko-niemieckiej w 1920 r.

Źródło: Dwa bratanki. Dokumenty i materiały do stosunków polsko-węgierskich 1918–1920, Wybór i opracowanie Endre László Varga, Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych
https://www.archiwa.gov.pl/files/dwa_bratanki.pdf

— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —

4 czerwca 1920 r. – a więc niespełna tydzień po domniemanym podpisaniu tego uk­ładu – w referacie Oddziału II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego, prze­sła­nym do Adiutantury Generalnej Naczelnego Wodza znalazło się sformułowanie: „Niemcy pozostają w ścisłym kontakcie z Moskwą. […] Istnieje tajny układ pomiędzy rządem sowieckim a rządem niemieckim. Pertraktacje prowadził [Karol] Radek w Berlinie, który przywiózł od Lenina zobowiązanie utworzenia rządu koalicyjnego, co umoż­li­wi­ło­by użycie armii Guczkowa (syna), która za zgodą rządu niemieckiego organizuje się w Niemczech. […] W Królewcu istnieje biuro zaciągowe do armii bolszewickiej. Żoł­nie­rze zaciągnięci otrzymują na rękę 1000 rubli i zobowiązują się do służby 10-mie­sięcz­nej. […] 2 maja przeleciało nad Warszawą 8 zeppelinów w kierunku na Moskwę. Według poprzedniej umowy między przedstawicielami firmy niemieckiej »Michler & Co« w Ber­li­nie i przedstawicielem sowieckiego komisariatu handlu zagranicznego, firma »Michler« zobowiązała się dostarczyć Rosji w najbliższym okresie 6 zeppelinów o pojemności 100 ton każdy. Pierwszy transport miał wyruszyć między 15 a 20 maja z Hamburga i miał być ładowany aparatami telegraficznymi”.

Wiele jest faktów potwierdzających wolę wypełniania przez Niemcy i bolszewicką Rosję postanowień owego układu. Świadczyły o tym liczne dowody współdziałania rosyjsko-niemieckiego na pograniczu Prus Wschodnich w sierpniu 1920 r. Niedwu­znacznie wskazują one, że nie były to odosobnione wypadki wymuszone przez oko­licz­ności wojenne, ale realizacja wcześniejszych postanowień zawartych w tym układzie.

Druga część układu, tajna, miała – według odpisu przejętego przez wywiad węgierski – zawierać postanowienia na wskroś polityczne, w tym deklaracje sowieckie nieuzna­wania powojennych traktatów pokojowych, w zamian za co zobowiązywała Niemcy do zachowania neutralności w konfliktach zbrojnych toczonych przez bolszewicką Rosję, co sprowadzało się do nieprzepuszczania pomocy wojskowej do Polski. Z drugiej stro­ny, Niemcy wyrażały zgodę na służbę kontraktową w Armii Czerwonej ponad 250 wyż­szych oficerów wojskowych i specjalistów, dostarczanie surowców i materiałów wo­jen­nych po ustanowieniu wspólnej granicy. Sowieci deklarowali również respektowanie niemieckich granic sprzed sierpnia 1914 r. – czyli faktycznie planowali ponowny roz­biór Polski. Oba kra­je gwa­ran­to­wa­ły nietolerowanie na swym terenie propagandy przeciwko sobie. Dlatego w innym raporcie wywiadowczym Oddziału II NDWP z 28 lipca 1920 r. jest mowa o tym, że:
„1. Gurtych wręczył 22 lipca [1920] Koppowi papiery upełnomocniające Koppa do zawarcia sojuszu wojenno-politycznego pomiędzy sowietami a Niemcami.
2. 20 lipca wyjechała z Berlina do Moskwy misja niemiecka wojenno-dyplomatyczna z gen. von Koschem na czele.
3. 23 lipca wyjechała z Moskwy via Rewel do Berlina komisja wojskowa [sowiecka] z gen. Parskim z poleceniami charakteru operacyjno-dyplomatycznego”.

Obie cytowane informacje korespondują z treścią dokumentu opublikowanego w ni­niej­szym tomie, którego pierwsza część wynegocjowana zapewne w kwietniu i maju 1920 r. miała głów­nie charakter gospodarczy, natomiast druga część, datowana na początek lipca 1920 r., stanowiła rozwinięcie pierwszego i zawierała klauzule charak­te­rys­tyczne dla układu polityczno-wojskowego.

Informacje o obu przytoczonych traktatach (układach), zawierające nawet stresz­czenie ich głównych postanowień, nie pozostawały nieznane współczesnym polity­kom. Profesor Janusz Cisek opublikował w 2010 r. raport chargé d’affaires Sta­nów Zjed­no­czonych w Budapeszcie – Ulyssesa Grant-Smitha, z 7 września 1920 r., w którym szczegółowo omówiono oba traktaty sowiecko-niemieckie. Swą wiedzę Amerykanin czerpał zapewne z tego samego węgierskiego źródła, dzięki któremu odpis posta­no­wień wymienionej umowy znany był wywiadowi węgierskiemu.

Natomiast w dotychczasowych opracowaniach nie był dotąd publikowany dokument zawierający samą treść traktatu, czy to w oryginale, czy w formie odpisu bądź obszer­nego streszczenia. Dlatego dokument odnaleziony i opublikowany przez Endre László Vargę jest pierwszym – najpełniejszym jak dotąd – dowodem jeśli nie zawarcia, to prawdopodobnie negocjowania traktatu sowiecko-niemieckiego w 1920 r. Poszu­ki­wa­nie oryginału owej umowy w niemieckim archiwum w Koblencji nie dały dotąd pozy­tyw­nego rezultatu, przez co nie można potwierdzić prawdziwości jego zapisów, co nie podważa ani wiarygodności dokumentu, ani nie neguje samego zawarcia traktatu, ani tym bardziej prowadzonych negocjacji.

Zdekompletowanie i rozproszenie (w wyniku II wojny światowej) polskich archiwaliów dyplomatycznych i wojskowych z 1920 r. nie pozwala niestety na stwierdzenie – czy i kiedy – informacja ta (ze źródła węgierskiego) została przekazana stronie polskiej. Z jednej strony wiemy, że węgierski wywiad wojskowy przekazywał stronie polskiej istotne informacje o bolszewickim zagrożeniu i w wielu dziedzinach wspierał polskie działania wywiadowcze, z drugiej brak jest potwierdzenia uzyskania z Węgier infor­macji o treści traktatu sowiecko-niemieckiego.

W tym czasie prasa niemiecka przygotowywała społeczeństwo do swoistego odwró­cenia sojuszy (czy raczej nawiązania do układu w Brześciu) i ukazywała Armię Czer­woną jako „olbrzyma” gromiącego Wojsko Polskie, „olbrzyma” wyzwalającego „Ger­ma­nię” spętaną wersalskimi łańcuchami. Generał Hans von Seekt, dowódca Reichs­wehry, zaś w dokumen­cie „Najbliższe polityczne zadania Niemiec”, przed­sta­wia­jąc 26 lipca 1920 r. aktu­alną sytuację polityczną, stwierdził: „[…] pełne zwycięstwo Rosji nad Polską nie może już być podawane w wątpliwość”.

Wiemy również, że na spotkanie Armii Czerwonej została wysłana z Berlina do Prus specjalna delegacja rządowa. Potwierdzeniem niemieckiej woli nawiązania „robo­czych” kon­tak­tów z Armią Czerwoną jest przejęty przez polski radiowywiad i poddany dekryptażowi szyfrogram dowódcy 12. Dywizji Strzeleckiej z 3 sierpnia 1920 r., infor­mu­jący, że: „Do sztabu 34. Brygady Strzeleckiej w Kolnie przybyła niemiecka dele­ga­cja rządowa z Berlina […]”.

A wydawana w Moskwie „Prawda” 14 sierpnia 1920 r. deklarowała, iż po zwycięstwie nad Polską wszystkie niemieckie tereny „oderwane” od nich po 1918 r. zostaną zwró­cone Niemcom.

Wszystkie cytowane doku­menty polskiego wywiadu, a także stwierdzone w sierpniu 1920 r. liczne przykłady współdziałania sowiecko-niemieckiego na pograniczu Prus Wschod­nich, zdają się niedwuznacznie wskazywać na istnienie porozumienia, jeśli nie sojuszu Nie­miec i bolszewickiej Rosji. Niemniej odnalezienie wspomnianego doku­mentu, nawet jeśli był on tylko podpisanym (ale nie ratyfikowanym) i nie wpro­wa­dzo­nym w pełni w życie doku­men­tem, stawia go logicznie w szeregu umów sowiecko-niemiec­kich, począwszy od traktatu brzeskiego, przez ten właśnie (nazwijmy go) „pakt berliński”, układ z Rapallo (z 1922 r.), układ berliński z kwietnia 1926 r., aż po układ Ribbentrop–Mołotow z sierpnia 1939 r.; należałoby więc się zgodzić z konkluzją za­wartą w cytowanym wcześniej raporcie polskiego wywiadu wojskowego: „[…] gdyby nie załamanie się ofensywy bolszewickiej [po Bitwie War­szaw­skiej], ujawnione współ­dzia­ła­nie Niemców z bolszewikami rychło przekształciłoby się w ścisły sojusz, skutki którego dałyby się groźnie we znaki nie tylko, państwu polskiemu, lecz i całej Europie”.

„Solfatara” czyli rewolucyjna zaraza w Neapolu.

Nowe tłumaczenie Rękopisu znalezionego w Saragossie, mimo wielu kontrowersji (por. Edusens.blogspot.com — Żyd-wieczny-tuacz-wygnany-z-rekopisu), przypomniało o typie powieści, wspominanym chyba wyłącznie w szkole na lekcjach języka pol­skiego: powieści szkatułkowej. Prawie wcale nie stosują go współcześni literaci.

solfatara-b-iext284239165b05d

Prawie, bowiem zupełnie przypadkiem trafiłem na powieść Solfatara Macieja Hena. Wydana już w XXI wieku książka, to lektura ciekawa z kilku powodów.

Po pierwsze, dlatego, że jest ciekawą powieścią historyczną, opisującą trudne dzieje podzielonych Włoch w okresie XVII wieku — zwłaszcza hiszpańskiej opresji, o czym mieliśmy okazję przeczytać w Dżumie w Neapolu — jak i liczne niepokoje między warstwami społecznymi oraz mało znane w Polsce powstanie pod wodzą rybaka Masaniella z 1647 r. (w sumie bardziej antyfiskalne niż antyhiszpańskie).

Trzeba dodać, że autor sprawnie żongluje nawiązaniami do arcydzieł literatury: do Rękopisu znalezionego w Saragossie, do książek Umberto Eco (głównie Baudolino), do Dżumy w Neapolu Herlinga-Grudzińskiego

Po drugie: jest współcześnie napisaną powieścią szkatułkową, i autor obronną ręką wychodzi ze zmagania z tego typu formą. Niewątpliwie z zapartym tchem śledzimy losy Fortunato Petrellego, i żmudne „śledztwo” które prowadził przez wiele lat życia, by odkryć prawdę o swoich rodzicach. Co oczywiste, powieść szkatułkowa pozwala zawrzeć wiele (czasami sprzecznych ze sobą) informacji i tropów jak w najlepszych kryminałach. Z równym zainteresowaniem czytamy również notatki i obserwacje doty­czące wydarzeń bieżących, czyli wspomnianego buntu. Dlatego nie jest jakoś szcze­gól­nie rażące, że Petrelli to neapolski prekursor dziennikarstwa, które nazwali­byśmy śledczym i raczej w XVII wieku nie na tym polegało wydawanie gazettmerkuriuszów (ot taki niewinny pisarski anachronizm 🙂 ).

Po trzecie, to powieść o Rewolucji. Nie tylko tej konkretnej, która wybuchła w 1647 roku i trwała około 10 lipcowych dni. Jest to powieść o każdej Rewolucji – która prze­ra­dza się w terror, zjada własne dzieci, uderza na ślepo (truizmy!) oraz tworzy nowe kasty bezkarnych lub wzbogaconych. I w tym zakresie akcja książki mogłaby się toczyć w Paryżu w lipcu 1789 roku lub w Petersburgu w trakcie innych Dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem (vide: John Reed).

Może pewnym wytłumaczeniem szalonych rewolucyjnych namiętności Neapoli­tań­czy­ków jest rzucający cień na ich miasto Wulkan, który nie raz w historii dawał im się we znaki. Zaś tytułowa Solfatara di Pozzuoli, leżąca po zachodniej stronie miasta, to miejsce, gdzie według mitologii rzymskiej, znajdowało się wejście do Hadesu.

Groźne są takie okolice. Dziesięc dni, które wstrząsnęły światem, zdarzyły się przecież w miejscu gdzie:

grunt nie daje owoców ni chleba,
Wiatry przynoszą tylko śnieg i słoty;
Tu zbyt gorące lub zbyt zimne nieba,
Srogie i zmienne jak humor despoty.

[Koktajle literackie] Poleska delta Mekongu

FlotyllaPinsk

Źródło: www. wikipedia.com

Dzisiaj wstrząśnięty i zmieszany:

Koktajl literacki „Kanonierka” (Andrzej Stojowski)

Ingrediencje:

1/3 – „Karierowicz” Mackiewicza
1/3 – „Jądro ciemności” Conrada w wersji F.F. Copppoli (czyli „Czas Apokalipsy”)
1/6 – Wokulski wraz jego fatalnym zauroczeniem
1/6 – mroczny klimat pogranicza rodem z „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” Piaseckiego.

Polesie było „Dzikimi Polami” Drugiej Rzeczypospolitej. Obszar bagien, cieków wod­nych i wysp. Miejsce znakomite do organizowania dywersji bolszewickiej, przemytu towarów i ludzi (w tym szpiegów) oraz zsyłania przeciwników sanacji. Teren wyjęty spod prawa niczym delta Mekongu w okresie wojny wietnamskiej. Nadające się do patrolowania jedynie przy pomocy Floty Pińskiej i zwrotnych dobrze uzbrojonych monitorów oraz kanonierek. Takich, które odegrały swoją wielką rolę w wojnie polsko-bolszewickiej, a które były utrzymywane także w okresie późniejszym aż do 1939 roku.

61d71c8f00280ebb4beb25a2

Mapa WIG z roku 1925 r.

Sam skład koktajlu już wskazuje na intrygi jakie będą towarzyszyły bohaterom i jest poniekąd tzw. spojlerem.

Dlaczego polecam? Krótko: mamy w tym drinku naprawdę ciekawe wątki osobiste, i poli­tyczne (czasy zamachu majowego). Dodatkowe punkty autor powininien uzyskać za oryginalny opis zapomnianej części Wojska Polskiego, czyli Flotylli Rzecznej (więk­szość znanych mi powieści zostało napisanych „malowanych dzieciach” –  ułanach i lotnikach).

Sztuka prowadzenia samochodu… poradnik z 1911 r.

Z zasobów Biblioteki Cyfrowej Politechniki Warszawskiej [LINK]

Sztuka prowadzenia samochodu, autorstwa Lorda Montagu, nakładem Stanisłąwa Grodzkiego, wydana w roku 1911. Z dopiskiem: Przekład z angielskiego z upoważnienia autora.

msps055_0001msps009_0001

 

 

Mroczny skandynawski las…

Książka „Porąb i spal” norweskiego autora Larsa Myttinga, to mroczna historia seryjnego mordercy-drwala…

Żartowałem.

Choć naprawdę jest wydana przez skandynawskiego autora, dotyczy drewna. Tak, drewna. Materiału, którym palimy w piecach i kominkach. Do walorów książki, oprócz wielu ciekawych informacji na temat… drewna (jego rodzajów, prawidłowego suszenia, rąbania czy składowania, a nawet różnic między narzę­dziami do jego obróbki), należy również piękna szata graficzna i wspaniałe zdjęcia, które cieszą oko czytelnika.

aaa

Źródło: smakslowa.pl

Nudne? W żadnym wypadku! Autor ze swadą opowiada o drewnie, ale wplata w tę opowieść wiele ciekawych wątków o ludziach, którzy zajmują się „drwal­stwem”, o historii techniki (np. pieców) oraz wzruszająco pisze o swoich sąsiadach w zaawansowanym wieku, podejmujących wszystkie zabiegi w celu ogrzania ich chatki zimą wykonywać samodzielnie.

Muszę tylko dodać, że biorąc pod uwagę polskie przepisy dotyczące restrykcji przy wycinaniu drzew książka ta raczej może być czytana u nas jako esej o drewnie, a nie poradnik (to prawie jak czytać amerykańskie książki o rodzin­nych wyjazdach na polowania, lub strzelaniu z broni jako elemencie pikniku).

Mimo wszystko, polecam!

Przypisy, do przypisu

1.

Przyjmuje się, że przypisy nie powinny zajmować więcej niż ćwierć strony. Często zajmują więcej, zwłaszcza w podręcznikach akademickich. Na przykład Geo­po­li­ty­ka. Potęga w czasie i przestrzeni Leszka Moczulskiego zawiera tak skompono­waną stronę:

cam00582.jpg

To zdecydowanie więcej niż 1/4 😀

Czytaj resztę wpisu »

[Wydarzenie – 29.01, W-wa] Marta Kwaśnicka i jej najnowsza książka pt. Jadwiga

Zanim wkleję zaproszenie przygotowane przez wydawnictwo dodam „od siebie”, że bardzo polecam tę i poprzednią książkę Autorki, zatutułowaną Krew z mlekiem: http://www.teologiapolityczna.pl/marta-kwasnicka-krew-z-mlekiem/

12538resizedimage216297-krew-z-mlekiem-marta-kwasnicka

 

http://www.teologiapolityczna.pl/29-01-warszawa-spotkanie-autorskie-z-marta-kwasnicka-o-jadwidze

Teologia Polityczna zaprasza na spotkanie autorskie z Martą Kwaśnicką o jej najnowszej książce pt. Jadwiga

Z Martą Kwaśnicką będzie rozmawiała Barbara Schabowska

Kiedy? 29 stycznia
o Której?
18.00
Gdzie?
Państwo Miasto, Generała Władysława Andersa 29, Warszawa

O książce:

Jak mądrze odczytać miejsce kobiety sprzed 620 – 640 lat w XXI-wiecznej Polsce? Marta Kwaśnicka umie postawić świętej królowej Jadwidze takie pytania, które ożywiają naszą, moją w każdym razie wyobraźnię. Pomaga wejść w rozmowę z jednym z najwspanialszych duchów naszej historii. 
prof. Andrzej Nowak

Marta Kwaśnicka stworzyła piękny, plastyczny, daleki od zbędnego patosu i lakiernictwa portret wielokrotny Jadwigi Andegaweńskiej. Jej bohaterka to jednocześnie święta, królowa i pełna temperamentu kobieta, przeżywająca dylematy bliskie nam współczesnym. Ta znakomita, bardzo osobista książka potwierdza, że Kwaśnicka należy do najlepszych dzisiaj pisarek i błyskotliwie kontynuuje najlepsze tradycje polskiej szkoły eseju. 
prof. Maciej Urbanowski

Imponująca erudycja bez cienia pretensjonalności, wielowątkowość wolna od chaosu, szerokość spojrzenia bez mielizn rozumienia, fabuła myśli wartka i wciągająca, poczucie humoru delikatne, niekiedy ironiczne, zawsze jednako od gryzącego cynizmu dalekie i jeszcze do tego błyskotliwa spostrzegawczość zarówno w obrębie najwyższej kultury, jak i najzwyklejszej ulicy – wszystko to sprawiło, że jako czytelnik pochłonąłem esej Marty Kwaśnickiej z zachwytem, jako autor – z zazdrością.  

o. Janusz Pyda OP

 

O Autorce:

Marta Kwaśnicka (ur. 1981) – dziennikarka, jedna z najbardziej oryginalnych polskich blogerek. Autorka i współautorka  dwóch monografii o dziejach Towarzystwa Jezusowego. Od wielu lat współpracuje z portalem Polskiego Radia, teksty o kulturze publikowała m.in. w pismach „Czterdzieści i Cztery”, „fronda”, „Presje”. Dotychczas, nakładem Teologii politycznej, ukazała się jej debiutancka książka „Krew z mlekiem” uhonorowana nagrodą IDENTITAS 2015, Nagrodą Literacką Czterech Kolumn, wyróżniona FENIKSEM 2015 oraz nominowana do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.

Rękopis spreparowny przez wydawcę.

Góry Sierra Morena. Można w nich przepaść bez wieści na wiele tygodni, z czego skorzystali zarówno: Cardenio, jak i szlachcic hiszpański Kichada, znany szerzej pod mianem don Kiszota. To także miejsce niebezpieczne i dzikie, czego doświadczył Alfons de Worden, który obudził się kilkukrotnie pod szubienicą braci Zoto.

Historię Błędnego Rycerza mogliśmy przypomnieć sobie w zeszłym roku z nowego tłumaczenia Wojciecha Charchalisa, natomiast historię de Wordena możemy poznać z zupełnie świeżego wydania Rękopisu znalezionego w Saragossie.

 potocki_rekopis_m

To najnowsze wydanie powieści Jana Potockiego jest niezwykłe, ponieważ ma być to pierwsze tłumaczenie powieści w formie, w jakiej zamierzył to autor. Jest bowiem oparte na oryginalnym francuskim wydaniu z roku 1810, a nie wersji Edmunda Chojeckiego z 1847 roku. Jak dowodzą bowiem badacze wersja Chojeckiego (pierwszego wydawcy polskiego tłumaczenia) jest kompilacją dwóch wariantów powieści (z 1804 i 1810 r.), do których tłumacz dopisał własne fragmenty tam, gdzie połączenie obu wersji było niepełne lub absurdalne. Okazuje się więc, że dotychczas wszyscy czytaliśmy powieść na motywach Potockiego, a nie powieść Potockiego.

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/3572/Rekopis-znaleziony-w-Saragossie—Jan-Potocki

Dzięki Wydawnictwu Literackiemu, możemy po ponad 200 latach przeczytać wreszcie ostateczną i kompletną wersję Rękopisu znalezionego w Saragossie. Do czego zachęcam.

Książka została pięknie wydana i ozdobiona ciekawymi ilustracjami oraz opatrzona przypisami, które warto czytać – dotyczą nie tylko powieści Potockiego, ale stanowią także ciekawe źródło informacji o obszarze na którym toczyły się przygody don Kiszota, do których to przygód Potocki nawiązywał.

Niewątpliwie jest to jedna z najciekawszych powieści polskiego autora, choć nie napisana oryginalnie w języku polskim. Kolejne warstwy fabuły nakładające się na siebie stanowią niedościgniony wzór dla kolejnych pokoleń autorów, na równi z Dekameronem czy Narzeczonymi Manzoniego.

Literatura pozwala twórcy na więcej niż inne sztuki. Nie jest bowiem ograniczona dwuwymiarowym płótnem, kartką, taśmą filmową lub mocą obliczeniową komputerów na których przygotowuje się efekty specjalne. Ograniczeniami takimi zdawał się nie przejmować Christopher Nolan (reżyser, scenarzysta i producent), który w nakręcony przez siebie w 2010 roku filmie Incepcja, sięgnął w nowatorski sposób po koncepcję powieści szkatułkowej i w niemożliwy prawie sposób zagłębiał się w kolejne warstwy fabuły. Moim skromnym zdaniem, tym obrazem dołączył do wymienionych wyżej twórców.

Przypomnijmy też, że Rękopis… Potockiego był inspiracja nie tylko filmu ze Zbigniewem Cybulskim w roli głównej, ale i wystawionego w 2009 r. baletu przygotowanego przez zespół opery wrocławskiej:

https://cojestgrane.pl/polska/dolnoslaskie/wroclaw/wydarzenie/10fn/rekopis-znaleziony-w-saragossie-balet/bylo

mvv

mw3

[Stare ilustracje] Medycyna, ogrody i osiemnastowieczne kolorowe miedzioryty.

Żyjący w drugiej połowie XVIII wieku Józef Jakub von Plenck, austriacki medyk i autor książek o medycynie, znany jest ze swojego opus magnum: Icones plantarum medicinalium secundum systema Linnæi digestarum, cum enumeratione virium et usus medici, chirurgici atque diætetici. https://hagstromerlibrary.ki.se/books/17244 

W dziele tym opisał medyczne zastosowanie wielu roślin. Ciekawostką jest naomiast, że siedem tomów, w których rośliny uszeregowane zostały zgodnie z klasyfikacją Linneusza, zawiera ponad 700 barwnych miedziorytów przecudnej urody. W mroźny zimowy, chociaż bezśnieżny, dzień przypominają o jesieni, resztach ciepłego słońca oraz bogactwie owoców w sadach i ogrodach.

1a2345

 

3 grudnia w Warszawie – promocja książki „Ssanie. Głód sacrum w literaturze polskiej”

http://www.teologiapolityczna.pl/3-grudnia-warszawska-premiera-ksiazki-ssanie-jakuba-lubelskiego

Kilka informacji ze strony TP:

Teologia Polityczna
zaprasza na wyjątkowy wieczór:

warszawska premiera książki
„Ssanie. Głód sacrum w literaturze polskiej”

najnowszej książki Teologii Politycznej

 

3 grudnia // g. 18.00 //

Cafe Niespodzianka, ul. Marszałkowska 7, Warszawa

Jakubem Lubelskim –  prozaik, publicysta. Zadebiutował powieścią Boiduda (2012) nominowaną do nagrody Fundacji im. Kościelskich, jest laureatem stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Młoda Polska 2015. Autor scenariuszy multimedialnych wystaw poświęconych najnowszej historii Polski. Pracuje nad kolejną powieścią, mieszka w Krakowie z żoną Marią i córka Janiną.

O książce mówić będą:

Prof. Włodzimierz Bolecki  – historyk i teoretyk literatury.

Prof. Dariusz Gawin – redaktor Teologii Politycznej. Historyk idei, publicysta.

Prowadzenie Mateusz Matyszkowicz – filozof, absolwent UJ, praca doktorska w toku (o problemie metafizyki i polityki w filozofii Arystotelesa).

Przejdź do ksiągarni!

Tom uderza oryginalnością. Trudno znaleźć dla niego odpowiednik. Autor szkicuje tu nową – wielce pomysłową – mapę współczesnej literatury polskiej. Jest w swym ujęciu niezależny i inspirujący. Ogromną zaletą jego pisarstwa jest żywy i lekki styl. Choć pisze o sprawach niełatwych – wymagających skupienia i namysłu – czyni to zawsze klarownie, inteligentnie i dowcipnie. Eseje literackie Jakuba Lubelskiego same stają się literaturą, i to pasjonującą. Pozycja, na którą czekało się od lat.

 Antoni Libera

W intencji Lubelskiego owo tytułowe Ssanie, dla czytelnika dość niepokojące, wydaje sie synonimem niepokoju i poszukiwania indywidualnej, pisarskiej „świętości”, która nie jest łatwo osiągalna ani jednoznaczna. Tytuł zasługuje na uwagę, ponieważ wiąże się on bezpośrednio ze swoim pisarskim partnerem, szanując go, nie pozostaje tylko „sprawozdawcą” dzieła. Inaczej jeszcze: Jakub Lubelski jest rozpoznawalny jako krytyk dzięki tej właśnie metodzie, która go wyróżnia pośród innych uczestników tej samej profesji.

prof. Marta Wyka

Wańkowicz u Smętka na przyszpiegach.

Melchior Wańkowicz wybrał się do Prus Wschodnich w 1935 r. razem z córką. Zarówno na urlop, jak i w celu napisania reportażu. Owocem tej wyprawy była głośna książka „Na tropach Smętka”. Ów tytułowy, tropiony Smętek to złośliwy duch z wierzeń zabobonnych Mazurów, dla Wańkowicza staje się uosobieniem niemieckiej polityki germanizacyjnej.

Wańkowicz pochylił się bowiem nad ciężką dolą Polaków, którzy pozostali na Warmii i Mazurach po przegranym plebiscycie z 11 lipca 1920 roku. Tych, którym zamyka się polskie szkoły, szantażuje by dzieci przepisywać do niemieckich placówek, których pozbawia się koncesji na działalność gospodarczą oraz terroryzuje (a czasem nawet morduje!). Polaków traktowanych od czasów Bismarcka niczym Indianie z Ameryki Północnej (a może i wcześniej, bo to wszak już Fryderyk pisał o swoich nowych polskich podanych po rozbiorach, że będzie tych Irokezów cywilizował). Polaków, nad którymi zawisło kolejne niebezpieczeństwo, w postaci mariażu nowej nazistowskiej ideologii z pruską junkierska butą. Co znalazło swój tragiczny finał nad dołami w Piaśnicy i w barakach za drutami obozu koncentracyjnego w Stutthofie.

Spotkani Polacy: jedni mimo szykan twardo stoją przy swojej polskiej tożsamości, inni, jedynie szeptem przyznają się do znajomości polskiej mowy, a głośno w obawie przed sąsiadami mówią po niemiecku. Wańkowicz opisuje także takich, którzy nie chcą się wpasować się w prosty podział Polak-Niemiec. Mówią o sobie, że są Mazurami, i z pełnym przekonaniem twierdzą, że „w Warszawie na pewno nikt by ich nie zrozumiał”. Podziały narodowościowe przebiegają często w „poprzek” rodzin: brat-Polak kontra brat-Niemiec, ojciec przeciw synowi. Jak zanotował Wańkowcz, w wiadomościach z „Gazety Olsztyńskiej” znalazła się choćby taka informacja:

W Gietrzwałdzie w niedzielę 24 marca gromada uczniów ze szkół niemieckich bębniła w okna polskiej ochronki, wykrzykiwała Pollacken itd. m.in. poznano Laskowskiego, Sokołowskiego, Cierkaszewskiego, Herrnanowskiego.

Natomiast, niejaki Bocian „był w NSDAP”.

Autor wspomniał także o niemieckich księżach, którzy – choć obojętni lub wrodzy polskości – stawiali na pierwszym miejscu troskę o dusze swoich polskich/mazurskich wiernych. Snuł swoją opowieść:

Ta to katolicka Warmia, Warmia rozśpiewana u przydrożnych figur, rozmodlona w nabożeństwach majowych, srogie odsiadująca adwenty, ściągnęła na siebie panasmętkową uwagę i zwłaszcza od połowy ubiegłego wieku stała się obiektem zawziętej germanizacji przez kościół. Księża otrzymywali polecenia kazać po niemiecku, tak że, jak mi stary Warmiak opowiadał, poniektórzy z nich, choć Niemcy, mówili po wygłoszeniu niemieckiej nauki: „Żal mi, moi parafianie, pozostawiać was bez słowa Bożego”, i mówili dodatkowo naukę po polsku. Tak jak zapomniany świętej pamięci ksiądz Weichsel w Gietrzwałdzie w sercu polskiej Warmii. I koło tego kapłana, choć obojętnego naszym narodowym sprawom, ale rozumiejącego, ze do serc ludu trafiać trzeba jego językiem – skupiał się, narastał nie opór, ale coraz mocniejsze przywiązanie do religii, którą chcą wyzyskać, do kościoła, który chcą spodlić, i do języka, który chcą udusić.

Wspomniany ksiądz Augustyn Weichsel swoją pracę na rzecz „polskich” owieczek przypłacił także grzywnami i aresztem. [por. Artykuł o ks. Weichslu ze strony Sanktuarium w Gietrzwałdzie]

Bardzo współcześnie brzmiał fragment „Smętka” o napotkanej na mazurskich szlakach grupie Niemców z instytutu zajmującego się Europą wschodnią. Dziś, w dobie instytutów: Goethego, Katona, Konfucjusza, stypendiów Fulbrighta czy „klubu Wałdajskiego” wiemy, że starcia miedzy kulturami i ideami toczą się także przy pomocy publikacji, konferencji czy nawet w internecie.

Wańkowicz wspomina:

(….) w gospodzie wojnowskiej, zobaczyliśmy grupę mieszaną: jakieś paniusie, jacyś panowie z brzuszkami. Oceniłem ich sobie jako jakąś wycieczkę, np. Vereinu drogerzystów, i przestałem się nimi zajmować, a z chłopami, będącymi w oberży począłem rozmawiać po rosyjsku. Jakież było moje zdziwienie, gdy ten i ów z mniemanych drogerzystów począł brać udział w rosyjskiej rozmowie, a potem przerzucili się ze mną na język polski, najzupełniej poprawny. Okazało się, że jest to wycieczka królewieckiego Studium für Osteuropa, z dyrektorem studium, profesorem Kochem, na czele, którego, gwoli uciesze moich czytelników, zdjąłem na tle prawosławnej cerkiewki batiuszki Awajewa. Profesor Koch zaznajamia mnie kolejno z młodymi swymi uczniami: „Nasz lektor polskiego języka – nasz lektor rosyjskiego języka – nasz lektor litewskiego – łotewskiego – fińskiego i jeszcze lektorka polskiego języka”. Zaczynam z zainteresowaniem przyglądać się tym ludziom, których wziąłem za drogerzystów. Mam przed sobą cząstkę, ułamek tej wielkiej pracy, którą Niemcy przerabiają celem poznania spraw Europy Wschodniej. Poza Instytutem, którego przedstawicieli spotykam, mają jeszcze w tymże Królewcu: l. „lnstytut do badania spraw gospodarki wschodnioeuropejskiej”: 2. „Instytut do badania Rosji” (für Russlandkunde), 3. „Instytut gospodarczy do spraw Rosji i państw okalających” (Randstaaten) 4. we Wrocławiu działa Instytut, rozciągający swe czynności na Ukrainę, Polskę południową i państwa bałkanskie (gdy bratni Instytut Królewiecki zajmuje się Rosją środkową i północną, Polską północną i państwami bałtyckimi); 5. w Gdańsku Ostland Institut; 6. w Stuttgarcie – centrala dla wszystkich mniejszości niemieckich na całym świecie (założona w 1917 roku, opracowuje 1500 czasopism; ma ewidencję 33 800 rejestrowanych organizacji i towarzystw niemieckich, posiada bibliotekę dziel specjalnych, złożoną z 39 000 tomów; katalog książek o niemczyźnie, wydawany jako miesięcznik, osiąga nakład 30 000 egzemplarzy; Instytut posiada 8900 map; udziela rocznie 35 000 informacji dla polityków, kupców, dziennikarzy itp.; wydaje własny dwutygodnik „Der Auslanddeutsche” oraz kalendarz). Kiedy w swoim czasie Poincaré wyliczał, że Niemcy wydają na akcję wśród swoich rodaków za granicą 100 milionów marek, Stresemann przeczył, prostując, że Rzesza łoży na ten cel „tylko” 21 638 000 mk. Ale to bylo za czasów „rozłazłej” Republiki Weimarskiej. Pamiętajmy, że Rzesza Hitlera ma do tych zagadnień stosunek stokroć aktywniejszy. Ludzi na jej czele stojących przywiały wiatry wszelkich krajów. Hitler urodził się w Austrii, ojciec (Göringa był wielkorządcą długie bardzo łata w niemieckiej Afryce i syn jego urodził się bodaj na okręcie między Niemcami i Afryką. Minister rolnictwa Darré, tyle mający do powiedzenia w sprawcie kolonizacji Prus Wschodnich, jest niemieckim „kresowcem” z Egiptu, głośny Rosenberg urodził się w Petersburgu, stojący zaś przede mną dyrektor Koch jest importowany z uniwersytetu w Wiedniu, ale, jak następnie sprawdziłem, urodził się i maturę otrzymał we Lwowie.

Tak więc los zdarzył, że w tym zakątku, w którym zataiła się najbardziej skostniała przeszłość, natrafiłem na najbardziej nowoczesną armię, która przygoto­wuje Niemcom podboje. My wszak również mamy Instytut Bałtycki w Toruniu, Instytut do badania spraw narodowościowych w Warszawie, Wschodnio­europejski lnstytut przy uniwersytecie w Wilnie, Instytut Zachodniosłowiański w Poznaniu.

Jest to poważna wałka umysłów.

I przyznaję: nie tak mnie trwożyły lotne oddziały Reichswehry, które spotykałem na ćwiczeniach w każdym zakątku Prus Wschodnich, jak ta ekipa poczciwych paniuś i panów z brzuszkami z pokojowej armii niemieckiej, która nie potrzebuje oczekiwać wojny, bo wciąż jest na froncie.

Tymczasem ta pokojowa armia zaprasza nas nie mniej pokojowo na obiad. Niebawem (…) pod portretami Hindenburga i wodzów ruchu hitlerowskiego, jemy jajecznicę ze szczypiorkiem.

Co prawda groźniejsze za cztery lata okazały się karabiny i bomby oraz praca tajnej policji, to i idee „przyłożyły się” do zbrodniczej niemieckiej polityki na terenach okupowanej Polski i innych krajów Międzymorza. To wszak „idee” były odpowiedzialne za niemiecki rasizm, niemiecki program eutanazji, niemieckie eksperymenty na więźniach czy za niszczenie Warszawy zgodnie z zamysłem tzw. planu Pabsta. W ciągu tych czterech lat złośliwy diabeł Smętek zapanował zupełnie nad Prusami, a niebawem położył się cieniem nad prawie całą Europą. A Wańkowicz znalazł się u stóp Monte Cassino, gdzie stworzył swoje przejmujące „Szkice…”.

Księgarnia inna niz wszystkie, bo… minimalistyczna.

Wszyscy pamiętamy urocze małe księgarnie, które obecnie znikają z centrów miast, a ich rolę przejmują książkowe supermarkety. W tych wielkich salonach można poczuć się trochę zagubionym a i tak nie odnaleźć szukanego tytułu (bo jako mniej popularna książka musi zostać sprowadzona dopiero z magazynu).

Yoshiyuki Morioka – właściciel księgarni  w Tokio – wpadł na pomysł by w jednym momencie sprzedawać wyłącznie jeden tytuł. Ten pomysł na książkowy butik, polega na tym, że promowana książka zmienia się co tydzień, a jej ekspozycja czasami jest połączona na przykład z promocją sztuki albo rękodzieła.

Untitled-1

Swoim pustym, betonowym wnętrzem mało to przypomina księgarnie, ale jednocześnie powoduje że klient od razu skupia wzrok na centralnym punkcie pomieszczenia — Stoliku z książką.

http://www.takram.com/projects/a-single-room-with-a-single-book-morioka-shoten/

 

„Duch czasu” w architekturze – fragment książki W. Rybczyńskiego

Witold Rybczyński,  Jak działa architektura. Przybornik humanisty,
Wydawnictwo Karakter 2015

rozdział: 9. Przeszłość

(…)

Duch epoki

William Mitchell, dawny dziekan wydziału architektury na Massachusetts Institute of Technology, z rozdrażnieniem oznajmił gazecie „The New York Times”, że Whitman College wykazuje „zadziwiający brak zainteresowania zdolnością współczesnej architektury do twórczego i krytycznego reagowania na okoliczności czasu i miejsca, w których żyjemy”. Biorąc pod uwagę, iż style odrodzeniowe pojawiały się już sześćset lat wcześniej, mówienie o zjawisku, że jest „zadziwiające”, wydaje się przesadą. We fragmencie o czasie i miejscu pobrzmiewają echa Heglowskiej koncepcji zeitgeist, ducha epoki, sugerując tym samym, iż każda epoka wytwarza własną, odrębną architekturę. Ale jak zauważył Leon Krier, choć nie ulega wątpliwości, że architektura może się stać wyznacznikiem epoki, stwierdzenie odwrotne nie jest już tak pewne; w historii pojawiało się wiele okresów, których nie łączymy z właściwą sobie architekturą. Niemniej pojęcie ducha epoki ciągle nam towarzyszy. Widać to na przykładzie University of Pennsylvania, gdzie przyjęto wytyczne nakazujące architektom, by nowe budynki na kampusie „wyrażały estetyczne koncepcje naszej epoki, dzięki czemu z upływem czasu będą przeobrażały się w kulturowy zapis koncepcji architektonicznych i życia uniwersyteckiego”. Pomijając już pytania o to, co właściwie kryje się pod pojęciem „estetycznych koncepcji naszej epoki”, a jeśli takowe istnieją, czy faktycznie zmieniają się równie często, jak sugerowałyby to wytyczne, zapis ten można podsumować krótko: „Zakaz stosowania stylów historycznych”. Od pewnego nagradzanego architekta, słynącego z klasycznych zabudowań, dowiedziałem się, że został prywatnie poinformowany, iż nie jest brany pod uwagę przy nowych zleceniach University of Pennsylvania, ponieważ uczelnia wznosi wyłącznie „nowoczesne budynki”.

Twierdzenie, że architekturę powinien napędzać duch naszych czasów, jest stosunkowo młode i sięga początków modernizmu w architekturze. Jak wyjaśniał Le Corbusier w klasycznym manifeście z 1923 roku, W stronę architektury:

Podczas gdy historia architektury ewoluowała powoli przez stulecia, dostosowując się do zmian w strukturze i ornamentach, żelazo i cement w ciągu pięćdziesięciu lat dały rezultaty świadczące o potędze budownictwa oraz o przewrocie, jaki miał miejsce w języku architektonicznym. Jeśli porównamy to z przeszłością, okaże się, że „style” już dla nas nie istnieją, że wypracowano jeden styl epoki; dokonała się rewolucja.

Propozycja Le Corbusiera brzmi przekonująco – nowe materiały i techniki budowlane potrzebują nowej architektury; stare zasady nie znajdują już zastosowania; jesteśmy nowocześni, więc powinniśmy operować naszym własnym nowoczesnym stylem. Jednak po namyśle teza ta przestaje być oczywista. Beton wynaleźli dawno temu starożytni Rzymianie, a jednak nie mieli oni żadnych trudności z łączeniem nowego materiału i starożytnych greckich form. Żelbet wynaleziono w połowie dziewiętnastego wieku na długo przed napisaniem W stronę architektury, a tacy architekci jak Auguste Perret, dla którego pracował Le Corbusier, czy Grosvenor Atterbury w Stanach Zjednoczonych pokazali już wcześniej, jak stosować beton bez dokonywania „przewrotu w języku architektonicznym”. Louis Henry Sullivan i Daniel Burnham tworzyli wieżowce oparte na stalowych ramach, które poszerzały tradycyjne zasady, ale nie próbowały ich obalić.

Architekci zawsze dostosowywali stare formy do nowych materiałów i vice versa. Palladio konstruował rzymskie kolumny z cegły, czasami pokrywając je tynkiem, tak by uzyskać złudzenie marmuru, innym razem pozostawiając czerwoną cegłę na widoku. Sala bankietowa w pałacu Whitehall, projektu Inigo Jonesa, zrodziła się z inspiracji architekturą Palladia, ale miejsce otynkowanej cegły zajął kamień ciosany. Doryckie kolumny w posiadłości Monticello Thomasa Jeffersona są z drewna. Joriskie kolumny Johna Russella Pope’a w rotundzie National Gallery to monolityczne trzony z marmuru w ciemnozielonym – a nie białym – kolorze Verde Imperiał. Toskańskie kolumny w News Building w Athens w stanie Georgia AUan Greenberg wykonał z prefabrykowanego betonu. Dziś, oprócz drewna, kamienia i betonu, prefabrykowane klasyczne kolumny można też stworzyć ze sztucznego kamienia, a także gipsu lub plastiku wzmacnianych włóknem szklanym.

Inna kłopotliwa kwestia wiąże się z dokładną definicją „stylu [naszej] epoki”. Epoka przemysłowa, którą Le Corbusier wychwalał w swoim manifeście, trwała niecałe pięćdziesiąt lat, a środki transportu, które były raison d’etre rewolucyjnego, nowoczesnego stylu – liniowce transatlantyckie, lokomotywy parowe, łodzie latające i rodzinne samochody marki Delage – bez wyjątku zniknęły. Zgodnie z argumentacją Le Corbusiera jego koncepcje dotyczące nowoczesnej architektury stały się na tym etapie przestarzałe i wymagały ponownego opracowania. Projektant rzeczywiście porzucił wówczas białe kubistyczne pudełka na rzecz rzeźbionych form z surowego betonu. Dziś zwolennicy „architektury blobów” i modelowania parametrycznego twierdzą, że epoka cyfrowa potrzebuje własnej architektury, która dorównałaby epoce przemysłowej; ale czy ciągła architektoniczna rewolucja jest rzeczywiście możliwa, a co dopiero potrzebna? Jeśli zaś przyjmiemy, że architektura zawsze jest odbiciem danej chwili, musimy też wziąć pod uwagą, iż chwila ta może się wiązać z patrzeniem wstecz lub naprzód. W sytuacji, gdy ducha epoki tworzy zainteresowanie przeszłością, co mogliśmy już wielokrotnie obserwować, czy spoglądanie wstecz nie jest „nowoczesnym” podejściem?

Steen Eiler Rasmussen porusza kwestię przeszłości w pierwszym rozdziale Odczuioania architektury. Tekst zilustrował zdjęciem słynnego duńskiego aktora jadącego na rowerze w renesansowym kostiumie z kaftanem i koronkami. „Kostium jest niewątpliwie doskonały w swoim rodzaju; również rower jest znakomity, ale razem po prostu do siebie nie pasują – pisał. – Tak samo nie można robić użytku z pięknej architektury minionych epok, gdyż w nowych czasach, przy zmienionym sposobie życia, staje się ona nieprawdziwa i pretensjonalna”.Analogia ta jest problematyczna z wielu powodów. Rasmussen sugeruje, że renesansowy strój „nie pasuje” do roweru dlatego, że jest to nowoczesny środek transportu, ale welocyped wymyślono na początku dziewiętnastego wieku, pierwszy model „safety”, z przednim i tylnym kołem równej wielkości, wszedł zaś do powszechnego użycia jeszcze przed końcem tego wieku. Na pierwszych rowerach jeździli dżentelmeni w pumpach i słomkowych kapeluszach razem z damami w pantalonach i kapelusikach od słońca, a mimo to dziś nie uważamy, że jeżdżenie na rowerze w spodenkach i czapce z daszkiem jest „nieprawdziwe i pretensjonalne”. Twierdzenie, iż architektura przeszłości obraca się w fałsz, kiedy „zmienia się sposób życia” (albo moda?), całkowicie ignoruje fakt, że bez przerwy z zadowoleniem korzystamy ze starych budynków. Nie trzeba koniecznie ubierać się w marynarkę i flanelowe spodnie, jak studenci w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy Cram projektował neogotyckie budynki na Princeton University, aby zamieszkać w domu dla absolwentów; koszulka polo i drelichowe spodnie w zupełności wystarczą.

 

Nieustannie obecna przeszłość

Architektura, jeśli jest dobrze wykonana, potrafi przetrwać bardzo długo. Budynki, które przechodzą okresową konserwację, a do tego od czasu do czasu są odnawiane, mogą nam służyć całymi wiekami. Nie są jednorazowe, co zapewnia im wyjątkową pozycję w kulturze opartej na nietrwałości. Żaden z moich studentów nie widział lokomotywy parowej w normalnym użyciu ani nie leciał sterowcem, ale wciąż mogą spacerować po dworcu Grand Central Terminal albo odwiedzić obserwatorium w Empire State Building, którego maszt miał pierwotnie służyć jako przystań dla statków powietrznych. Kuchnia, moda, a nawet zachowania zmieniają się z pokolenia na pokolenie; nie ubieram się, nie jem ani nie zachowuję jak osoba żyjąca sto lat temu. Nie jeżdżę stuletnim samochodem, ale za to mieszkam w stuletnim domu. Nie myślę o nim w kategoriach zabytku – to zwykły dom, który przy okazji jest też stary. Niewymuszone, codzienne obcowanie ze starą zabudową może tłumaczyć, dlaczego społeczeństwo akceptuje architekturę budzącą skojarzenia z przeszłością – a czasami wręcz się jej domaga.

Le Corbusier, Rasmussen i Mitchell przekonują, że ludzie odbierają budynki jako unikatowe formy wyrazu określonych okresów historycznych. Moja Filadelfia to miszmasz nowych i starych elementów. Oprócz następujących jedna po drugiej ulic wypełnionych rzędami domów z różnych lat, w mieście znajduje się też Athenaeum i stacja przy Thirtieth Street, słynna akademia muzyczna oraz Kim-mel Center for the Performing Arts, a także utrzymane w stylu odrodzenia greckiego Philadelphia Museum of Art wraz z niedawno ukończonym gmachem Barnes Foundation. Chciałbym w tym miejscu nadmienić, że Athenaeum wyznacza początek neoklasycyzmu w Stanach Zjednoczonych, dworzec przy Thirtieth Street należy do jednej z ostatnich wielkich stacji kolejowych, a ja sam rozróżniam budynki, które lubię (akademia) i których nie lubię (Kimmel). Ale podobnie jak większość ludzi nie myślę o nich w kategoriach przedstawicieli określonych epok; są po prostu elementami miejskiego krajobrazu. Co więcej, nie oczekuję, że każdy kolejny budynek dodawany do tej zabudowy będzie się od niej w znaczący sposób odcinał. To mile, że wieże w dzielnicy Society Hill projektu Peia się wyróżniają, ale tak samo miły jest fakt, iż apartamentowiec Roberta A.M. Sterna przy 10 Rittenhouse Sąuare dopasowuje się do otoczenia. Wieżowce Peia mają pięćdziesiąt lat, ale najczęściej nadal są postrzegane jako „nowoczesne”, natomiast budowla Sterna z cegły i kamienia wapiennego jest opisywana jako „tradycyjna”, choć właśnie ją ukończono. Tak jak miejskie tłumy, niektóre budynki wyglądają jak ostatni krzyk mody, inne noszą się bez wyrazu, a jeszcze inne -mówimy w końcu o Filadelfii – są powrotem do dawnej epoki. Lubię od czasu do czasu popatrzeć na architektoniczny odpowiednik dżentelmena w garniturze z marszczonej tkaniny albo damy w dobrze dobranym kapeluszu. Byłoby nudno, gdyby wszyscy ubierali się tak samo.

Odrodzenia dawnych okresów nie występują wyłącznie w architekturze, ale nigdzie indziej nie pojawiają się z taką regularnością. Nieco podobnie jest w typografii, której długa historia tworzy ciekawe paralele z historią architektury. Pierwsza ruchoma czcionka używana przez Gutenberga w połowie piętnastego wieku – czcionka gotycka – bazowała na średniowiecznym kroju pisma i była powszechnie używana w Niemczech, Niderlandach, Anglii i Francji. Jej następcą okazała się antykwa, opracowana przez renesansowych włoskich rytowników, którzy kopiowali starożytne napisy z zachowanych rzymskich pomników – pierwsze typograficzne odrodzenie. Antykwa rozprzestrzeniła się w całej Europie. Claude Garamond, paryski rytownik żyjący na początku szesnastego wieku, opracował kilka znanych krojów inspirowanych tym modelem. „Antykwa Garamonda to dostojne formy dojrzałego renesansu o humanistycznej osi liter, umiarkowanym kontraście i znacznych wydłużeniach” – pisał kanadyjski typograf Robert Bringhurst. Krój Garamond doświadczył później kilku odrodzeń. W 1900 roku na wystawie światowej w Paryżu premierę miał Original Garamond; w 1924 roku odlewnia Stempel we Frankfurcie wypuściła swoją wersję kroju; w 1964 roku słynny typograf Jan Tschichold zaprojektował Sabon, krój nazwany na cześć piętnastowiecznego francuskiego rytownika, oparty na Garamondzie; a w 1977 roku pojawiła się wersja cyfrowa. Szesnastowieczny krój przeżył jeszcze jedno odrodzenie, gdy w latach 1984-2001 firma Apple używała Garamonda jako czcionki korporacyjnej.
Piszę te słowa w edytorze tekstu czcionką Times New Roman, którą Bringhurst opisuje jako historyczny pastisz. Charakteryzują go „humanistyczna oś, ale manierystyczne proporcje, barokowy ciężar i ostry, neoklasycystyczny detal”. Krój powstał na zamówienie londyńskiego „Timesa” w 1931 roku i mimo że gazeta już z niego nie korzysta, w tym czasie, dzięki wskazaniu jako domyślny wybór w programie Microsoft Word, stał się najpopularniejszym krojem na świecie. Times New Roman, podobnie jak większość czcionek używanych w książkach i prasie, jest krojem szeryfowym – główne kreski liter kończą się ogonkami, których historia sięga starożytnego Rzymu. Powstanie liter bezszeryfowych również przypisujemy starożytności, aczkolwiek w druku pojawiły się dopiero z początkiem dziewiętnastego wieku, w Londynie, i były używane wyłącznie w szyldach reklamowych oraz nagłówkach prasowych. Odrodzenie kroju bezszeryfowego nastąpiło w dwudziestym wieku dzięki temu, że geometryczna czystość wpisywała się w estetykę Bauhausu; Futura, zaprojektowana w latach dwudziestych przez Paula Rennera, to typowa czcionka modernistyczna. W trakcie studiów na rysunkach używaliśmy krojów gazetowych firmy Letra-set, najchętniej sięgając po Hełveticę, szwajcarski krój bezszeryfowy. Ostatnie odrodzenie krojów bezszeryfowych miało związek z przemianami technologicznymi: litery bezszeryfowe łatwiej czyta się na ekranach o niskiej rozdzielczości, dzięki czemu stały się standardem we wszystkich urządzeniach cyfrowych.

Choć w ciągu ostatnich pięciuset lat technika składu tekstu uległa radykalnym przemianom, nie oznacza to, jak zauważył Bringhurst, że zmieniły się także zasady typografii:

Styl w typografii oparty jest nie na danej technologii składu czy druku, tylko na pierwotnej, acz wysublimowanej sztuce pisania. Kształty liter wywodzą się z ruchów ludzkiej raki, ograniczanych lub wspomaganych przez używane narzędzie. Narzędzie to może być tak złożone jak tablet graficzny czy odpowiednio zaprogramowana klawiatura lub tak proste jak zaostrzony patyk. Znaczenie bowiem w każdym przypadku tkwi w sile i gracji samego ruchu, a nie iv narzędziu, którym jest on wykonywany.

Analogiczna sytuacja zachodzi w architekturze, która nie opiera się na technice czy materiałach budowlanych, lecz na odgradzaniu przestrzeni, a ostatecznie na ludzkiej aktywności, dla której staje się tłem. Podobnie jak przy składzie tekstu nie możemy mówić o prawdach absolutnych ani moralnych nakazach. Istnieją pewne zasady, ale nie są one pochodną teorii, lecz praktyki, często sięgającej odległej przeszłości. Dlatego właśnie przeszłość ciągle wywiera wpływ na architektów. Jak zauważa Tschichold, rdzeniem wyrazu „tradycja” jest łacińskie tradere, oznaczające przekazywanie – z pokolenia na pokolenie.

 

Konwencje

Jan Tschichold pisał, że rdzeniem „konwencj” jest łacińskie conventionem, czyli „zgoda”. „Wyrazu »konwencja« oraz pochodzącego od niego przymiotnika »konwencjonalny« używam wyłącznie w pierwotnym znaczeniu, nigdy w obraźliwym”. Architekci stylów odrodzeniowych przeważnie stosująsię do konwencji. Jak już widzieliśmy, Robert A.M. Stern zaprojektował wiele budynków uczelni wyższych w stylu odrodzeniowym – georgiańskim, gotyckim, neoromańskim w odmianie Richardsonowskiej – przede wszystkim z myślą o dopełnieniu sąsiedniej zabudowy. Decyzja o tym, by McNeil Center for Early American Studies, centrum studiów wczesnoamerykańskich przy University of Pennsylvania, utrzymać w stylu federalnym, ma jednak inne uzasadnienie. Wieloletni dobroczyńca wspierający działanie jednostki nalegał, aby nowa siedziba centrum odzwierciedlała jego misję akademicką. Uczelnia zgodziła się na złagodzenie zaleceń stylistycznych dotyczących „wyrażania estetycznych koncepcji naszej epoki”. Styl federalny to styl Adamów w wydaniu amerykańskim, który cieszył się w Stanach Zjednoczonych popularnością w latach 1780-1880. Choć nie znajdziemy go na kampusie Penn, sama Filadelfia może pochwalić się należącymi do najbardziej okazałych przykładami architektury w stylu federalnym. Stern kształtował swój projekt, bazując na pierwszej akademii medycznej działającej przy uczelni, stworzonej przez Benjamina Henry’ego Latrobe’a na początku dziewiętnastego wieku (dawno wyburzonej). Rezultatem jego pracy jest ceglane pudełko o nieskomplikowanym zarysie, spłaszczonej trójdzielnej kompozycji, bez klasycznych detali i z niskim czterospadowym dachem.

Stern sięgał do przeszłości, ale nie ograniczał się do dziewiętnastego wieku. McNeil Center zwieńcza ściana attykowa kwadratowymi otworami przypominającymi okna. Nie jest to detal zaczerpnięty ze stylu federalnego, lecz od Louisa Kahna, którego obecność od lat zaznacza się w architekturze uniwersytetu. Otwory, inspirowane biblioteką Phillips Exeter Academy Library, są płaskimi łukami z cegły. Nawiązania do pary największych ftladelnjskich architektów – Latrobe’a i Kahna – do dziewiętnastowiecznej siedziby uniwersytetu, a także do tradycyjnie stosowanej w mieście czerwonej cegły sprawiają, że niewielki budynek staje się szalenie wszechstronnym, ćwiczeniem z pamięci historycznej.

Podczas gdy Stern w sposób otwarty nawiązywał w swoich pracach do przeszłości, projekt ośmiobocznej auli wykładowej na University of Miami projektu Leona Kriera nie ma co prawda oczywistego poprzednika, ale wydaje się wyraźnie klasyczny – choć nie trzyma się niewolniczo żadnych konwencji stylistycznych. Wnętrze audytorium to stromo nachylona sala zwieńczona kopułą o industrialnym wyglądzie, wspartą na obnażonych stalowych belkach. W bielonych pomieszczeniach nie dopatrzymy się żadnych porządków czy klasycznych detali; wielowarstwowa wieża budzi skojarzenia z kolumbarium. Rezultat jest zarówno prymitywny, jak i odrobinę tajemniczy. „Osamotniony wśród architektów posługujących się tradycyjną składnią, Krier poszerzył język klasycyzmu o odważne wykorzystanie proporcji oraz swobodną interpretację tropów i motywów” – pisał Alexander Gorlin.

Manieryści również przywołują zasady, ale zwykle z myślą o ich wypaczeniu. Prace Roberta Venturiego i Denise Scott Brown roją się od łamanych konwencji i zniekształconych pierwowzorów: kolumny znajdują się w nietypowych odstępach, głowice nie są w pełni połączone z architrawami, profile ulokowano w przedziwnych, „niewłaściwych” miejscach. Jedna z ulubionych taktyk tej pary architektów polega na zabawie skalą. Wejście do Gordon Wu Hali na University of Princeton zdobią heraldyczne motywy rodem z elżbietańskich wnętrz. „Wejście podkreśla tożsamość pod innymi względami wycofanego budynku dzięki ozdobnemu, odważnemu symbolicznemu wzorowi – pisał Venturi – który nawiązuje do motywów stylu elżbie-tańskiego i jakobińskiego (późnego renesansu angielskiego – przyp. red.) często umieszczanych nad kominkami – i świetnie wpisuje się w kontekst quasi-elżbietańskiego otoczenia kampusu”. Umieszczone w Wu Hali motywy są jednak znacząco powiększone, a w dodatku spłaszczone, jak gdyby wyciągnięte spod walca.

Nawet taki architektoniczny rewolucjonista jak Le Corbusier przeszedł przez fazę podważania, po czym przeprosił się z tradycją. Projekty powstające po 1950 roku, jak paryskie Maisons Jaoul czy willa Sarabhaia w Ahmadabadzie w Indiach, mają niewygładzone ściany z cegły i sklepienia katalońskie (tamburynowe) z płytek, stanowiące nowoczesną interpretację wernakularnej architektury śródziemnomorskiej. Najbliższa rzeźbie praca Le Corbusiera, kaplica w Ronchamp, łączy w sobie wiele zawoalowanych odniesień do tego stylu: bielone ściany, chropowate detale, cykladzkie wieże.

Doświadczenie budynku, a zwłaszcza abstrakcyjnego budynku modernistycznego, staje się bogatsze, gdy pojawią się w nim odniesienia do przeszłości. Richards Medical Building projektu Louisa Kahna został podzielony na przestrzenie określane przez architekta jako „służące i obsłużone”, ceglane szyby mieszczące klatki schodowe i kanały wentylacyjne oraz same laboratoria. Ta dość mętna koncepcja – trudno nakreślić paralelę między ludźmi pokonującymi schody i powietrzem pędzącym w górę kanału – prawdopodobnie umyka wielu gościom, ale każdy, kto choć raz odwiedził położone na wzgórzu toskańskie miasteczko San Gimignano (jak uczynił to Kahn w 1938 roku), dostrzega związek między wysokimi ceglanymi szybami i średniowiecznymi wieżami. Innym projektem Kahna, który zyskał na wpleceniu aluzji do przeszłości, jest Kimbell Art Museum. Długie sklepione sale służące do prezentowania zbiorów pojawiały się już w renesansie; w osiemnastym wieku sklepiona galleria, zazwyczaj oświetlona z góry, stanowiła zaś kluczowy element każdego pałacu. Kahn nie był zwolennikiem stylów odrodzeniowych, lecz mimo to sklepione, oświetlone z góry galerie stanowią nowoczesną – i mistrzowsko poprowadzoną – interpretację dawnej konwencji.

Latarnie i sklepione pomieszczenia Sainsbury Wing Venturiego dobudowane do National Gallery w Londynie są czytelnym ukłonem w stronę Dulwich Picture Gallery Johna Soane’a, choć skala starszego budynku jest zdecydowanie skromniejsza, zaś sposób, w jaki Soane operował detalem, był w rzeczywistości w mniejszym stopniu zgodny z tradycyjnym klasycyzmem niż w przypadku Venturie-go. Projekt Sainsbury Centre for Visual Arts przy University of East Anglia w Norwich autorstwa Normana Fostera nie nawiązuje w bezpośredni sposób do wcześniejszych epok, lecz, jak zauważył Reyner Banham, w ledwie słyszalny sposób odbija echa przeszłości. Długa szopa przypominająca hangar lotniczy znajduje się zaledwie trzydzieści kilometrów od stacji Służby Lotniczej Marynarki Królewskiej. Zarazem jednak prosty, liniowy budynek w parkowej scenerii budził we mnie skojarzenia z grecką świątyniąj pewien krytyk nazwał go Par-tenonem z East Anglia. Sainsbury Centre przywołuje więc dwa przeciwstawne obrazy przeszłości, jeden stosunkowo niedawny, drugi – ze starożytności.

Niektórzy architekci w ogóle nie zwracają uwagi na przeszłość i uparcie dążą do rozwiązywania znanych problemów w nowe, zaskakujące sposoby. Nowatorstwo ich budynków co prawda przykuwa uwagę, niemniej architektura odcinająca się od przeszłości płaci za to pewną cenę – to, co nowatorskie, może bowiem szybko się zestarzeć. Londyńska Tatę Modern, która mieści się w przerobionej elektrowni, jest dla mnie bardziej interesująca niż de Young Museum w San Francisco właśnie dlatego, że w Tatę często niepohamowana innowacyjność Herzoga i de Meurona jest łagodzona przez architekturę Gilesa Gilberta Scotta z lat czterdziestych dwudziestego wieku*. Z tego samego powodu Disney Concert Hali Franka Gehry’ego przypadła mi do gustu bardziej niż muzeum Guggenheima w Bilbao: tradycyjna, wyłożona drewnem aula koncertowa wchodzi w interesujący dialog z żaglowymi formami ze stali nierdzewnej, które ją otaczają. New World Symphony Center, w którym Gehry gładko wciska rozbuchaną rzeźbiarską zabawę w tradycyjne białe pudełko z South Beach, również jest bardziej urozmaicone niż inne budynki architekta, wolne od narzuconych sobie ograniczeń.

Zapowiedź wydawnicza: S. Frąckiewicz, Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce”

Errata

Źródło:

Szybiński, Dominik Gabriel (1730-1799), Sztuka pisania w trzech rozdziałach wyięta z encyklopedyi i pożytecznemi przydatkami pomnożona, Warszawa 1781

errata

[Literatura] 10 miesięcy w niewoli ISIS z optymistycznym finałem.

Wsród wielu informacji o terrorze tzw. Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie znalazłem i taką historię, która miała optymistyczny finał.

Zacznijmy od początku:

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2451424/Nicolas-Henin-Pierre-Torres-French-journalists-taken-hostage-Syria.html

9 października 2013 r. w mediach pojawiła się informacja, że dwóch francuskich dziennikarzy znalazło się w niewoli ISIS. Podano, że są to: Nicholas Henin – przebywający w Syrii jako korespondent czasopisma „Le Point” oraz Peter Torres ze stacji telewizyjnej „Arte”. http://www.dailymail.co.uk/news/article-2451424/Nicolas-Henin-Pierre-Torres-French-journalists-taken-hostage-Syria.html#ixzz3gPjPOMsl

20 kwietnia 2014 r. zakładnicy znaleźli się na wolności. http://www.dw.com/pl/uwolnieni-zak%C5%82adnicy-na-temat-bojownik%C3%B3w-pa%C5%84stwa-islamskiego-ogl%C4%85daj%C4%85-te-same-filmy-co-my/a-18306571

Natomiast w marcu 2015 r. byli zakładnicy wydali książkę. Jednak, nie były to, jak się można spodziewać wspomnienia, lecz bajka dla dzieci. Bowiem Henin i Torres przebywając w niewoli dodawali sobie sił do przeżycia każdego kolejnego dnia w takich ekstremalnych warunkach, pisząc książkę, którą z braku papieru spisywali na resztkach opakowań papierowych po żywności. Henin pisał (z myślą o swojej pięcioletniej córce), a Torres wykorzystywał swoje talenty plastyczne.

Książeczka została zatytułowana Papa Hérisson rentrera-t-il à la maison? (Czy tata jeż wróci do domu?) bo jak wspomina Henin, jeż jako bohater opowieści przyszedł mu na myśl, gdy czasami miał ochotę „zwinąć sie w kulkę” i  odizolować się od okrutnego świata.

B_QjuF6UsAA3wKx.jpg large

Książeczka z pięknymi ilustracjami miała wspaniałą akcję promocyjną, bowiem tytułowy jeż występował na plakatach w różnych rolach: jako VIP udzielajacy wywiadów, jako pracownik drukarni, jako jeniec, protestujący przeciw śmierci zakładników którzy nie zostali uwolnieni, czy wreszcie szcześliwie spędzajacy czas ze swoją rodziną.

B_q7sN3WEAACQZE.jpg large

B_zW0FKW8AAeBEr.jpg large

B_v1KjGW8AA_kKs.jpg large

B_kCHr_W8AAdPwQ.jpg large

B_BPUlpXAAEXdOf.jpg large

B-XLu8NCYAA4ikc.jpg large

B98feuMCUAAyFMB.jpg large

 

 

B8-WHZcIgAAfJgg.jpg large

B9ddWFNIMAE4bge.jpg large

B8wfCaNIIAAl7dR.jpg large

B8lZ7IvCcAAHarf.jpg large

 

Inne źródła:

http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,17545494,Dziennikarz_przez_prawie_rok_byl_jencem__Dzihadi_Johna__.html

http://radioem.pl/doc/2388703.Byly-wiezien-IS-mowi-o-dzihadystach

http://www.rp.pl/artykul/1185229.html?print=tak&p=0

Wojna… wiosny z zimą według Mackiewicza.

 

Cytat z powieści Józefa Mackiewicza „Karierowicz”:

 

Wojna na całym Bożym świecie. Długo, zazwyczaj bardzo długo walczy zima i wypiera wiosnę z raz już zdobytych przez nią pozycji. Teren przechodzi z rąk do rąk. Wiosna okupuje kraj, ustanawia swe porządki, obwieści obowiązujące prawa. Jej urzedowe rozporządzenia pisane są przez kwiaty na mchu, szum skrzydeł przelotnych ptaków, przez młode listki, puch wierzb, nocne wołania dzikich gesi. Śnieg kurczy się jak gąbka, zdycha, leży wreszcie trupem, brudno się rozkłada i przestaje istnieć. Tymczasem skowronki robią propagandę od świtu do zmierzchu i choć starzy ludzie, podobnie jak stare wrony i stare wróble na każdym dachu, ostrzegają przed nią, większość rzeczy ulega jej całkowicie. Na obłysiałe wzgórze wychodzi oracz, a za smugą pługu czarny szereg gawronów w poszukiwaniu pędraków. W południe jest ciepło, koń odpoczywa, człowiek skręca machorkę w kawałek zimowej gazety i siny dymek ciągnie do sinego nieba. Ale za puszczą na wschodzie leżą, hen, kraje, siódme rzeki i jeziora, wszystkie jeszcze pod lodem. To ostatnie rezerwy zimy. Gdy wiosna je ruszy, zima rzuca wiatr. Walka odbywa się zrazu w powietrzu. Ciężkie bombowce chmur, ładowane śniegiem i gradem, ciągną na spotkanie południa. Płyną i płyną, zasłaniają słońce, pędzą precz agitatorów wiosennych z nieba, opanowując sieć informacyjną, i wtedy druty na wszystkich szosach huczą i gwiżdżą jednostajna wieścią; huuuu… zima wraca! Zdarza się, że gęsty deszcz przechodzi raptownie w śnieg, pokrywa pierwiosnki, mnie głupią trawę, ugina swym ciężarem młode pędy, mści się na każdym, kto nieopatrznie dał wiarę propagandzie wiosny.

Anty-prorocy cz. 1

fragment książki Adama Zamoyskiego „Święte Szaleństwo. Romantycy, patrioci, rewolucjoniści 1776-1871”:

Fichte [1762-1814] dopatrywał się przyczyn wyjątkowości Niemiec w ich duchowości. Twierdził, że nigdy nie upadną one tak nisko, by podbijać inne narody, że podczas gdy Francuzi, Anglicy czy Hiszpanie walczą o bogactwo i dominację, rola Niemiców polega na pielęgnowaniu najwyższych wartości ludzkości. W podobny sposób postrzegali moralną misję Niemiec Herder, Hölderlin, Schlegel i inni. Goethe, który nie wierzył w to, że Niemcy mogą kiedykolwiek przeobrazić się w naród, uważał, iż powinni oni skupić swe wysiłki na próbach stania się wolnymi istotami ludzkimi. Kiedy uchodził spod Valmy kuchennym furgonem swego księcia, głównym tematem jego rozmyślań była nie zraniona duma narodowa, lecz wynikające nieudolności marnotrawstwo narodowego potencjału. Uważał, że siła Niemiec leży w sferze kultury i duchowości i że właśnie w tych obszarach powinny one przewodzić światu. Winny zabiegać o to, żeby stać się dla Francji tym, czym Grecja była dla Rzymu.

Zamek Królewski płonie po niemieckim nalocie 17 września 1939 r.

Niemieckie obwieszczenie policji kryminalnej w Bilgoraju Kripo- September 1941 Niemieckie obwieszczenie policji w Biłgoraju wrzesień 1941

„Nigdy nikogo nie złapano za czasownik…”

https://www.karakter.pl/ksiazki/jak-przestalem-kochac-design

Polecam tę książkę. A w niej: dlaczego obecne klocki znanej marki na „L.” już nie uczą kreatywnosci, dlaczego polska szkoła plakatu święciła takie triumfy oraz po co autor cytuje słownik Lindego, mimo, że nie ma w nim słowa „design”. 🙂 A poza tym, dlaczego „design” stał się „uzasadnieniem ceny”,a nie po prostu projektem produktu.

fragment książki:

Samo się zrobiło? Jakoś tak wyszło?
Pamiętam, jak to szło. Pamiętam rok po roku, przez dwie dekady.
Pamiętam, że w czasie, kiedy się jeszcze dyskutowało o takich rzeczach, ojciec (wieczny pryncypialista) oburzał się na kolegów architektów, którzy budowali mieszkaniówkę w jakimś rezerwacie czy otulinie rezerwatu przyrody, z pogwałceniem, jak twierdził, prawa i obyczajów.
– Są dobrzy – przyznawał – więc uważają, że im wolno. Potrafią zrobić dobry projekt, to fakt. Ale następnym razem, za następny rezerwat weźmie się ktoś mniej zdolny i co wtedy?
Innym razem zarzucał koledze, że zdewastował starą fabrykę, przebudowując ją na siedzibę swojego koncernu.
– Na wszystko mam pozwolenia – oburzył sie tamten. O, tak, miał. Oczywiście. Potem było już tylko gorzej i gorzej.
Plany zagospodarowania, które uchwalano, by je później przykrawać kawałek po kawałku, wydzielając działki, na które znalazł się kupiec (niech buduje, i co chce). Albo plany, których wcale nie uchwalano, co i w sumie było prostsze.
A skoro nie uchwalano, to nie zamawiano projektów. A kiedy już trzeba było coś zamówić, to ogłaszano przetarg. Oferent musiał się wykazać autorstwem trzech planów uchwalonych W ciągu ostatnich dwóch lat. A planów nie uchwalano, bo (patrz wyżej).
Bezosobowe formy: zrobiono, postawiono, spierdolono… Nigdy nikogo nie złapano za czasownik. Nikt nie pokazał: to ten, to ta. Ludzie, którzy zarzynali i miasto – a przy okazji mojego tatę – nie mają twarzy. Tylko procedury. I, oczywiście, wszystko tonęło w wolnorynkowym i sosie. Chciwość jest dobra. Liberalizm jest super. Nikt nam już nie będzie mówił, gdzie budować i co.

O dużym poczuciu humoru autora świadczy także ta strona internetowa:

http://www.frycz-wicha.pl/

FIW_Strona_opt

[Książka] Aaaarchi… Tektura po warszawsku?

czyli książka z modelami przestrzennymi (!) najciekawszych budynków Warszawy.

[Kurioza internetowe] Diuno-dobranocka…

Internetowe kuriozum: nawiązującą do „Diuny” Franka Herberta „usypianka” rodem z książeczek z serii „Poczytaj mi Mamo” Niestety tylko po angielsku.

http://goodnightdune.com/

[Znalezisko] Field Guide to East London Wildlife

HMP_Wildlife_1_grandeHMP_Wildlife_CE_4_1024x1024  HMP_Wildlife_6_1024x1024

[Pierwsze polskie wydanie] Andrzej Maksymilian Fredro, Scriptorum. Fragmenty pism, czyli uwagi o wojnie i pokoju

http://sklep.nck.pl/pl/p/Scriptorum.-Fragmenty-pism%2C-czyli-uwagi-o-wojnie-i-pokoju/461

Tytuł przetłumaczony na język polski pierwszy raz od momentu wydania otwiera serię staropolskiej myśli politycznej opracowywanej przez współpracowników Centrum Myśli Polityczno-Prawnej im. Alexisa de Tocqueville’a i wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury. Niniejszy tom zajmuje szczególne miejsce w dziejach rodzimej refleksji nad zjawiskami państwa, władzy i prawa.

Tom stanowi w swej strukturze zbiór kilkunastu prac, głównie o tematyce politycznej i wojskowej, jednego z najwybitniejszych piszących w XVII wieku polskich mężów stanu – Andrzeja Maksymiliana Fredry. Książka powstała w okresie przełomowym w dziejach Rzeczypospolitej, pod koniec potopu szwedzkiego a w przededniu głębokiego kryzysu wewnętrznego związanego z dworskimi planami wprowadzenia elekcji vivente rege. W znacznym stopniu w kontekście tych wydarzeń Fredro prezentuje swe koncepcje polityczne, stanowiące obronę osadzonej w republikańskiej tradycji wizji wolności, wspólnoty politycznej, relacji między władzą a obywatelami przed groźbą rozprzestrzeniającego się w ówczesnej Europie absolutyzmu. Scriptorum, choć znane jest dziś głównie dzięki zawartemu w nich teoretycznemu uzasadnieniu liberum veto, stanowi jednak nade wszystko znakomity wykład zdroworozsądkowego sposobu sprawowania władzy w realiach mieszanej republiki jaką była I Rzeczypospolita. Co równie warte uwagi, autor z pasją porusza tematykę wojskową, poświęcając szczególnie wiele miejsca przewagom husarii. Książka ukazuje również rozległą erudycję Fredry, nawiązującego szeroko zarówno do antycznych jak i współczesnych mu autorów. Zawarte w ostatniej części kobierce królewskie – 20 reprodukcji symbolicznych rycin – stanowią same w sobie wybitne dzieło emblematyki barokowej.

Zapraszamy na spotkanie poświęcone książce w Galerii Kordegarda w Warszawie 21 maja o godz. 18.00.

Doktor House na tropie…

Źródło: Wikipedia. Kadr z serialu „Jeeves and Wooster”. Stephen Fry jako Jeeves i Hugh Laurie jako Bertie Wooster.

Nie wszyscy wiedzą, że Hugh Laurie, aktor znany między innymi z gry w serialu Dr House, jest także autorem kryminału zatytułowanego Sprzedawca broni. Książka została wydana w 1996 r. – a więc sporo czasu przed tym nim zagrał rolę socjopatycznego lekarza. Dodam tylko, że książka stylem przypomina serię o przygodach kamerdynera zwanego Jeeves (P. G. Wodehouse’a) lub Nieodżałowaną E. Vaugh’a. Być może nie bez znaczenia było to, że Hugh Laurie w latach 1990-1993 zagrał Bertiego Woostera z opowiadań Woodehouse (patrz zdjęcie powyżej).

– Niech mi pan powie, panie Fincham, skąd się pan o tym wszystkim dowiedział?
Podchwytliwe pytanie. Naprawdę podchwytliwe. Podchwytliwość do trzeciej potęgi.
– Ponieważ dostałem propozycję wykonania tego zlecenia – odpowiedziałem.
Wstrzymała oddech. Mówię serio, dosłownie przestała oddychać. W dodatku nie wyglądało, żeby planowała w najbliższej przyszłości wznowić tę aktywność.
Kontynuowałem najspokojniej jak mogłem.
– Pewna osoba zaproponowała mi bardzo dużo pieniędzy za zabicie twojego ojca – powiedziałem, na co ona zmarszczyła brwi z niedowierzaniem. – Odmówiłem.
Nie powinienem był tego dodawać. Naprawdę nie powinienem.
Gdyby istniało Newtonowskie trzecie prawo konwersacji, głosiłoby, że każde stwierdzenie wywołuje kontrstwierdzenie o równej sile i przeciwnym zwrocie. Stwierdzenie, że odrzuciłem propozycję zabicia jej ojca, zwiększało prawdopodobieństwo, że mogłem tego nie zrobić. A nie chciałem, aby taka myśl zaczęła w tej chwili krążyć po pokoju. Dziewczyna zaczęła jednak znów oddychać, więc była szansa, że nie dostrzegła tego wątku.
– Dlaczego?
– Co dlaczego?
Na jej lewym oku zauważyłem małą smużkę zieleni, która zaczynała się w źrenicy i podążała w kierunku północno-wschodnim. Stałem nieruchomo i patrzyłem jej w oczy, lecz bardzo delikatne, ponieważ znajdowałem się w strasznych tarapatach. Z wielu powodów.
– Dlaczego ją odrzuciłeś?
– Ponieważ… – zacząłem i natychmiast przerwałem, ponieważ nie mogłem sobie w tym momencie pozwolić na najmniejszy błąd.
– Tak?
– Ponieważ nie zajmuję się zabijaniem ludzi.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której przeżuwała tę informację, aby w końcu ją przełknąć. Zerknęła na ciało Raynera.

Ofiara nr 44 a.k.a. System

Podobno Ministerstwo Kultury Związku Radz… sorry… Federacji Rosyjskiej, zakazało wyświetlania filmu „Child 44” (w Polsce tytuł będzie brzmiał „System”).

Filmu nie widziałem, ale się wypowiem, bo… przeczytałem wydaną w 2008 r. książkę, która stanowi kanwę scenariusza tego filmu.

Pozornie byłaby to kolejna historia o seryjnym mordercy, zmasakrownych zwłokach oraz nieograniczonym kręgu podejrzanych. Pozornie. Gdyby nie jeden szczegół: śledtwo toczy się w 1952 r. w Związku Radzieckim, gdzie zgodnie z oficjalna retoryką partii takie zbrodnie nie maja perawa sie zdarzać. Wszak zepsucie dotyczy wyłacznie krajów kapitalistycznych, społeczeństw burżuazyjnych itd…

Oficer chcący rozwikłać zagadkę nie tylko ma trudność w zebraniu materiału dowodowego czy przekonaniu przełożonych, że „oto trafiła się serią”, a nie są to pojedyńcze, niezwiazane przypadki (wszak to występuje prawie w każdym policyjnym kryminale), lecz natrafia także na problemy niespotykane po „jasnej stronie” żelaznej kurtyny jak wszechobecny lęk świadków prze jakimikolwiek zeznaniami, czy zagrozeniem życia, a nie tylko zwolnienia jak by to mogło mieć miejsce „na Zachodzie”.

Do tego wszechobecne donosicielstwo, grożące takze oficerom, zepsucie moralne oraz brudne miejsca, o któych zapomniał świat. To jedna z „ostrzejszych” książek fabularnych na temat życia w ZSRS. Autor w posłowiu potwierdza to co przeczuwałem podczas lektury, ze pisząc opierął się na książkach takich jak: „Gułag” A. Appelbaum czy na obrazach zawartych u Sołżenicyna.

W sumie nie dziwię sie, że film został zakazany. Uderza bowiem w dumę Rosji, ochoczo odwołujacej sie do dziedzictwa bolszewizmu i stalinizmu.

PS. Co prawda z trailera wynika, że bohaterowie mówią jakąś odmianą angielskiego z rosyjskim akcentem, co przypomina filmy z lat 80-tych, ale przyznam że obrazy zawarte w trailerze odpowiadają moim wyobrażeniom, które miałem podczas lektury książki.

#Child44 #ofiara44 #System

Refleksja. O pewnej zagadce oraz praktycznym zastosowaniu matematyki

Dzisiejsze „internety” obiegła informacja o zagadce logicznej, którą zadano singapurskim uczniom. Zagadka, jak wynika z kilku artykułów, miała na celu wyselekcjonowanie spośród grupy singapurskich uczniów 40% najzdolniejszych (zob.: http://beta.rp.pl/artykul/1193815-Zagadka-matematyczna-z-Singapuru-podbija-swiat.html ; http://www.theguardian.com/science/alexs-adventures-in-numberland/2015/apr/13/can-you-solve-the-singapore-primary-maths-question-that-went-viral.

Bez względu na to, czy zagadka naprawdę została zadana uczniom w Singapurze, czy też jest „prawdą internetu” to może być zawsze jakąś motywacją u uczniów na całym świecie do nauki matematyki.

Mówię o zachecaniu do matematyki przy pomocy internetowych zagadek, bo obawiam się, że polska szkoła do matematyki zaczyna coraz bardziej zniechęcać. A wskazują na to nowe podręczniki. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” zamieściła na przykład krytykę nowego podręcznika do matematyki dla szkół http://www4.rp.pl/artykul/1194022-Elementarz-szkodliwy-dla-uczniow.html. W artykule czytamy:

Jakich błędów w „Elementarzu” dopatrzyła się ekspertka? Po pierwsze, przez ponad pół roku ogranicza on uczniom zakres liczenia. Dopiero po dziesięciu tygodniach nauki dzieci poznają cyfrę 3 i zaczynają rachować w tym zakresie. Liczba 10 pojawia się po przeszło czterech miesiącach nauki.

„Przez pół roku nauki dzieci uczą się tego co już potrafią. Konsekwencją jest nuda, rozleniwienie i brak zainteresowania działalnością matematyczną” – pisze profesor.

Takie traktowanie matematyki wydaje mi się zupełnie idiotyczne. Dobre i pasjonujace kształcenie matematyczne w szkole to podstawa wykształcenia przyszłych inżynierów, informatyków, itd.

Nie można traktować matematyki jako zła koniecznego i czegoś zupełnie nieprzydatnego. Przypomnijmy, że złamania szyfru „Enigmy” dokonali właśnie pogardzani, uważani za niepraktycznych matematycy. Do tego dorzućmy znakomitą reklamę przedwojennej nauki polskiej, w zakresie nauk matematycznych dzięki na Lwowskiej szkole matematycznej (uwaga, ważne nazwiska(!): Banach, Ulam, Steinhaus, Mazur i wielu, wielu innych).

Enigma

Zainteresowanie matematyką przekładało się na wiele praktycznych zastosowań. Warto przypomnieć, że na przykład Ulam brał udział w amerykańskiich programach zbrojeniowych (stworzenie bomby atomowej i wodorowej).

Nawiązując natomiast do Lwowskiej szkoły matematycznej nie moge nie zachęcić do przeczytania książki autorstwa Mariusza Urbanka, którą wpadła mi ostatnio w ręce, zatytułowanej: Genialni. Lwoska szkoła matematyczna.

Autor, opierając sie na wspomnieniach wielu osób nakreślił barwny obraz lwowskiego środowiska naukowego (wymienieni wcześniej: Banach, Ulam, Steinhaus, Mazur i inni). Opisał ich prace i ich losy w trakcie I wojny światowej i okresie międzywojennym oraz ciemne czasy niemieckiej i sowieckiej okupacji.

By zachęcić do przeczytania książki, warto zdradzić, że opisuje, znane niektórym, epizody takie jak rozwiązanie zagadki z tajemniczej „Księgi Szkockiej” za co nagrodą była żywa gęś oraz nietypowa obrona pracy w wykonaniu Banacha (został on bowiem podstępem zwabiony przed komisję egzaminacyjną).

Matematyka

[Polecam] 13 kwietnia 2015 r. Dyskusja: KARNE CZY BOSKIE? wokół książki Rémiego Brague’a „Prawo Boga”

http://www.teologiapolityczna.pl/13-marca-r-mi-brague-w-warszawie-dyskusja-karne-czy-boskie

Ze strony Teologii Politycznej.

O książce Prawo Boga:
Książka stanowi rodzaj syntezy prezentującej genezę i ewolucje związków Boga z prawem począwszy od starożytnej Grecji poprzez Stary Testament, by wreszcie pokazać rozwój doktryny w trzech najważniejszych monoteistycznych systemach religijnych: chrześcijaństwie, judaizmie i islamie. Lecz książka jest także ważnym głosem w debacie o współczesności. Autor na nowo odczytuje fundamentalne teksty filozofii i myśli religijnej wskazując szczególnie na te elementy, które powinny pobudzić do refleksji człowieka w XXI wieku. Nasz Bóg – twierdzi Remi Brague – nie jest już głównym ustawodawcą (legislatorem), a nasze prawo zostało całkowicie wyzute ze świętości, lub choćby z odniesień zahaczających o elementy transcendentne. Zagubienie współczesnego człowieka może brać się z faktu, że żyjemy w świecie, w którym jedynym suwerenem stał się niedoskonały ze swej natury człowiek. Wykładowca Sorbony stawia pytanie o to, w jaki sposób prawo pozbawione świętości może nadawać sens życiu ludzkiemu.

dr hab. Arkady Rzegocki

Dojrzała praca wybitnego francuskiego filozofa religii i arabisty zabiera czytelnika w interesującą wyprawę przez trzy tysiąclecia tropem idei prawa boskiego.

ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier

Remi Brague opisuje w swojej książce przemiany rozumienia idei boskiego prawa. Jego analiza obejmuje historię judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu na przestrzeni trzech tysiącleci. Książka daje pogłębione spojrzenie na tę kwestię dzięki wszechstronnemu wykształceniu autora, filozofa religii oraz arabisty, którego zainteresowania naukowe od wielu lat obejmują m. in. dorobek średniowiecznych filozofów żydowskich oraz świata islamu, których znajomość w Polsce jest często jedynie pobieżna.

Maszyna do generowania sądów

Jeszcze jeden cytat ze wspomnianej już na „łamach” Bestiariusza książki „Granice interpretacji” http://wp.me/p1YXbv-ez autorstwa Bartosza Brożka – opatrzony ilustracjami ze strony http://history-computer.com/Dreamers/Llull.html  – z rozdziału: „W poszukiwaniu języka doskonałego”:

„Mit języka doskonałego był żywy nie tylko w cza­sach biblijnych, ale i w późniejszych dziejach kultury europejskiej. (…) Rajmund Lullus, jedna z najciekawszych postaci przełomu XIII i XIV wieku, znany jako Doctor Illuminatus, urodził się w rodzinie bogatego obywatela Barcelony. Przez wiele lat prowadził niezależne życie trubadura i rycerza, (…) [potem] przeżył wizję Chrystusa na krzyżu, pod wpływem której się nawrócił. Nauczył się języka arabskiego, by głosić prawdę Bożą wśród muzułmanów, rozdał swój majątek biednym i odbył wiele pielgrzymek oraz po­dróży, zarówno naukowych (na Uniwersytet Pary­ski w roku 1288), jak i misyjnych (do Tunisu w latach 1293, 1307 i 1314). W 1274 roku miał na Monte Randa widzenie, w którym Bóg objawił mu zasady ars magna – wielkiej sztuki, które wyłożył w dziele Ars generalis ultima z 1308 roku.

Celem Ars magna było takie przedstawienie zasad wiary chrześcijańskiej, żydowskiej i muzułmańskiej, by można było łatwo rozstrzygnąć , które z nich są praw­dziwe. Lullus zaprojektował w tym celu „maszynę” do generowania sądów. Maszyna bazowała na języku, któ­rego alfabet zbudowany był z dziewięciu liter; każda z liter miała sześć znaczeń (atrybut Boga, nazwa rela­cji, partykuła pytajna , nazwa obiektu, nazwa cnoty mo­ralnej, nazwa wady moralnej):

B – oznacza: dobroć (bonitatem), różnicę (differen­ tiam), czy? (utrum), Boga (Deum ), sprawiedliwość (iustitiam), łakomstwo (avaritiam);

C – oznacza : wielkość lub potęgę (magnitudinem), zgodność (concordantiam), co? (quid), anioła (ange­ lum), roztropność (prudentiam), obżarstwo (gu/am);

D – oznacza: wieczność lub trwanie (aeternitatem siv edurationem), przeciwieństwo (contrarietatem), skąd? (de quo), niebo (caelum), męstwo (jortitudi­ nem), rozpustę (luxuriam);

E – oznacza: moc (potestem), początek lub zasadę (principium), przez co? (quare), człowieka (animam rationa/em sive hominem), umiarkowanie (temperan­ tiam), pychę (superbiam);

F – oznacza: mądrość (sapientiam), środek (medium), jak wielki? (quantum), wyobrażenie (imaginativam), wiarę <fidem), smutek (accidiam);

G – oznacza: wolę (voluntatem ), koniec lub cel <finem), jakiego rodzaju? (quale), zmysły (sensitivam), na­ dzieję (spem), zazdrość (invidiam) ;

H – oznacza: cnotę (virtutem), większość (maiorita­ tem), kiedy? (quando), życie organiczne (vegetati­ vam), miłość (caritatem), gniew (iram) ;

I – oznacza: prawdę (veritatem), równość (aequalita­ tem), gdzie? (ubi), pierwiastki (elementativam), cier­ pliwość (patientiam), kłamstwo (mendacium);

K – oznacza: chwałę (gloriam), mniejszość (minorita­ tem), w jaki sposób i z kim? (quo modo et cum quo), narzędzia (instrumentativam ), pobożność (pietatem), nietrwałość (inconstantiam ).

Alfabet ten służył Lullusowi do budowy złożonych wyrażeń, a zasady ich konstruowania przedstawiały cztery figury. Pierwsza figura:

pozwalała na konstrukcję takich sądów, jak choćby bonitas est ma­gna (dobro jest wielkie) czy magnitudo est bona (wielkość jest dobra).

Z kolei figura druga –

wykorzystująca dodatkowe pojęcia: różnica, zgodność, sprzeczność, mniejszość, większość, równość, początek, środek i ko­niec – była figurą pomocniczą, pozwalającą na usta­lanie relacji pomiędzy pojęciami oznaczanymi za po­mocą podstawowych dziewięciu liter alfabetu.

Figura trzecia umożliwiała – przy uwzględnieniu figur pierw­szej i drugiej – na budowanie rozmaitych zdań w formie podmiotowo-orzecznikowej, jak na przykład „Dobroć jest wielka”, ale i „Dobroć jest zgodna”.

Natomiast figura czwarta wspomagała konstrukcję „sylogizmów”, takich choćby jak „To, co dobre, jest wielkie”; „To, co wielkie, jest wieczne”; zatem „To, co dobre, jest wieczne”.

Już z tej pobieżnej prezentacji widać, że Lullusowa Ars Magna nie pozwalała w sposób czysto mechaniczny generować zdań prawdziwych; było to raczej narzędzie, które – ukazując możliwe relacje między pojęciami – mo­gło pomóc w rozumowaniu, ale rozumowania i sądu nie zastępowało. Ostatecznie to filozof – choćby i posiłkując się Lullusowymi figurami – musiał ocenić, które sądy za akceptować, a które odrzucić. W Ars magna odnajdujemy jednak coś ważnego – ogólny kierunek, w którym zmierzać miały późniejsze poszukiwania języka doskonałego. Kie­runek ten wyznacza forma wypowiedzi, a może mó­wiąc precyzyjniej – relacje między pojęciami. Ta formalna donkiszoteria Lullusa nie jest jeszcze przesadna – Lullus nie marzy, by forma wypowiedzi decydowała o jej treści, by syntaktyka generowała semantykę; jego „logika” pozo­staje raczej logiką treści, nie jest więc logiką par excellance. Ale Lullus przeczuwa już, że poszukiwać języka doskona­łego, takiego, który ma ludzi łączyć, a nie dzielić, można tylko tam, gdzie istnieje coś intersubiektywnie sprawdzalnego i kontrolowalnego to forma wypowiedzi jest obiektywna, treść zaś pozostaje w cieniu subiektywności”.

Oblicza bełkotu, czyli seksistowskie e-równa-się-em-ce-kwadrat…

fragment książki:

Bartosz Brożek, Granice interpretacji, Kraków 2014

s. 213nn

„Oblicza bełkotu

W numerze 46/47 czasopisma „Social Text” z wiosny 1996 roku, wydawanego przez Duke University Press, ukazał się artykuł pióra Alana Sokala, znanego matematyka i fizyka, zatytułowany Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji. Sokal zauważa w nim na przykład:

π Euklidesa i g Newtona, wcześniej uważane za stałe i uniwersalne, teraz postrzegamy w ich nieuniknionej historyczności; hipotetyczny obserwator staje się zde­centrowany, odcięty od wszelkich epistemologicznych więzi z punktem czasoprzestrzeni, którego nie można już zdefiniować za pomocą samej geometrii

Niedługo po publikacji tego tekstu Sokal opublikował kolejny, Eksperymenty fizyka w studiach nad kulturą, tym razem w czasopiśmie „Lingua Franca”. Poinformował w nim, że jego artykuł w „Social Text” był mistyfikacją, mającą na celu…

Czytaj resztę wpisu »

Jadwiga Jełowicka „W cieniu siedmiu wojen” – jest ebook!

Kilkukrotnie pisałem już na blogu o książce p. Jadwigi Jełowickiej „W cieniu siedmiu wojen”.

Dotychczas wspominałem o wersji drukowanej. Tym razem chciałbym poinformować, że pojawiła się jej wersja elektroniczna. Za jedyne 9.10 zł można ją kupić na stronie: http://virtualo.pl/cieniu_siedmiu_wojen/cursor_media_sp_o_o/p381i131613/?q=cursor (wersje .epub lub .mobi)

Pani Jadwiga Jełowicka, pochodzi z rodziny o dużych tradycjach patriotycznych, którą los rzucił na Kresy. Autorka dzieciństwo spędziła między innymi w Żytomierzu, a część wojny na Wołyniu. Następnie w przed sierpniem 1944 r. znalazła się w Warszawie, gdzie wzięła udział w Powstaniu.

Żytomierz Źródło: www.wikipedia.com

Żytomierz
Źródło: http://www.wikipedia.com

Namówiona przez znajomych i rodzinę spisała swoje wspomnienia. Obecne – drugie uzupełnione wydanie książki – zawiera oprócz wspomnień autorki także wspomnienia osób, które wspólnie z rodziną Jełowickich przeżyły trudne czasy pierwszej połowy XX w.

Książka „W cieniu siedmiu wojen”. To hołd złożony polskiemu kresowemu ziemiaństwu za jego postawę i ofiarność, zwłaszcza w latach 1917-1945. To swiadectwo trudnych czasów rewolucji bolszewickiej, odbudowy Polski po rozbiorach, tragedii 1939 r. i podwójnej okupacji, a także losów osób deportowanych na tereny Związku Radzieckiego, losów osób pozbawionych ich „ukochanych Kresów„. Ta książka pokazuje jak wielkie wydarzenia historyczne, wpływają przede wszystkim na losy pojedyńczych osób, rodzin.

148658

Autorka od razu, na początku książki wyjaśnia, skąd się wziął tytuł:

Siedem wojen!
1914 – I wojna światowa
1917 – Rewolucja bolszewicka
1920 – Inwazja bolszewicka
1939 – II wojna światowa i wtargnięcie Armii Czerwonej
1941 – Wojna niemiecko-sowiecka
1944 – Powstanie Warszawskie
1945 – Tak zwane wyzwolenie – gorsze niż wojna

Wszystkie te dramatyczne wydarzenia oraz trudne, lecz skromne życie w krótkim okresie pokoju między wojnami światowymi są opisane z dużą swadą, a dramatyczne wydarzenia przeplatają się z ciepłymi i pełnymi humoru wspomnieniami rodzinnego domu na Kresach.

Zawsze gdy piszę o tej książce staram się wkleić jakiś jej ciekawy fragment. Dziś „na tapetę trafi” wspomnienie z czasów „za pierwszego Sowieta” (czyli 1940 r.) :

Mydło gotowało się z łoju zwierzęcego. Do tego była potrzebna soda kaustyczna, kalafonia, a jak nie było kalafonii, to żywica. Pierwsze wyroby były mało udane, ale sprzedać je trzeba było, dlatego że ten materiał został zużyty, a nie byłoby za co kupić następnego. W każdym
razie tym praliśmy, tym się myliśmy, więc się nadawało do użytku. Teraz okazały się talenty handlowe Szczepka, który chodził po ludziach i mówił, że mamy mydło do sprzedania. I tak mówił: „Ono właściwie nie bardzo się pieni, ale bardzo dobrze brud zbiera”. Podziwialiśmy go za taką zdolność reklamy.

Był jeszcze drugi sposób zarabiania. Tatuś i Olo kupowali słoninę i jakieś mięso, potem Olo wiózł je do Lwowa. Było to bardzo niebezpieczne, bo handel mięsem był surowo karany. Modliliśmy się bardzo, żeby szczęśliwie dojechał i szczęśliwie wrócił. W ten sposób zaopatrywał
ciocię Marynię, ciocię Andzię, pewnie ciocię Micię, różnych znajomych i krewnych we Lwowie. Sprzedaż szła z ręki do ręki, w sposób względnie bezpieczny. To wszystko było bardzo uciążliwe. Raz Olo podpadł, a ponieważ był nieletni, wezwali Tatusia na NKWD. Myśmy truchleli: Boże, co z tego będzie. Po kilku godzinach Tatuś wrócił, troszkę się uśmiechał, byliśmy szczęśliwi, że wrócił. I pytamy: „Co było?”. A Tatuś mówi: „Zapytali mnie: Czy obywatel wie, że obywatela syn uprawia paskarstwo, handluje mięsem?”. „Nie, nie wiem”. „No to ja panu mówię, niech pan to załatwi, bo będzie źle”. „Dobrze, jak go zobaczę, to mu tak w skórę wleję, że popamięta”. I w ten sposób po prostu obronił Ola i siebie. Młodość i „głupota”, a także ojca „pomogło, że Tatuś dobrze mówił po rosyjsku i miał „praktykę” z czasów rewolucji.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do kupienia książki, a innych proszę o polubienie jej „profilu interentowego” na znanym portalu społecznościowym: https://www.facebook.com/siedem.wojen

Na koniec przypomnę fragment przedmowy Tadeusza Epszteina:

Rodzina Jełowickich spędziła dwudziestolecie we wschodniej części dawnej Galicji, która we wrześniu 1939 r. została wchłonięta przez Sowietów.

(…)

Autorka nie pomijają w swoich relacjach nawet bardzo trudnych tematów – cierpienia i śmierci swoich najbliższych. Jednocześnie sporo miejsca poświęciły zwykłym opisom dnia codziennego, ilustrując czytelnikowi najdrobniejsze sprawy: warunki mieszkaniowe, edukację, pracę zawodową, stosunki rodzinne, życie towarzyskie, odpoczynek i zabawy, sposób odżywiania, zmagania ze zdrowiem i higieną itd. Uderza w całej narracji, szczególnie Jadwigi Jełowickiej, pewien spokój i optymizm. Nawet w tych fragmentach, w których Autorka opisuje tragiczne wydarzenia wojny i okupacji, nie znajdziemy zaciekłości czy nienawiści do wroga, postaw zupełnie zrozumiałych w takich sytuacjach. Z pewnością upływający czas ułatwia spojrzenie na przeszłość z większym dystansem, ale tu dodatkowym sojusznikiem jest wiara Autorki, która pozwala jej widzieć głęboki sens nawet w najpoważniejszych doświadczeniach życiowych.

Jeżowe post scriptum – wypis z książki z 1783 roku oraz współczesny film

Historya Naturalna Krolestwa Polskiego, Czyli Zbior krotki […] Zwierząt, Roślin y Minerałow […]
rok wydania 1783

dostępny: http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=24057&dirds=1&tab=2

JEŻ zwierzę od głowy do ogona, y po bokach jest ostremi kolcami okryty, znajduje się pospolicie w gęstych i wilgotnych lasach. Samica w wypróchniałym drzewie usławszy gniazdo, rodzi czworo młodych. Żyją myszami, chrząszczami, i owocami, po które łażą na drzewa; w jesieni gdy wiele jabłek znajdują pod drzewem, taczają się po nich i utkwione na kolcach znoszą do jamy. W dzień się kryją, a w nocy wyłażą ku pożywieniu, na zimę zasypiają jak Borsuki. W niebezpieczeństwie zwijają się w kulę, i tym się bronią, ale wrzucone w wodę rozwijają się. Tłustość z nich zażywa się do lekarstw, dekokt jest doświadczonym lekarstwem na puchlinę węwnętrzną.

oraz film o życiu jeży, oczywiście z komentarzem Krystyny Czubówny

„Czy warto tłumaczyć dzieła przetłumaczone…”

W tym miesiącu przeglądając zapowiedzi wydawnicze, dowiedziałem się, że 28 października 2014 r.  będzie miało premierę nowe polskie tłumaczenie „Don Kichota”.

Postanowiłem więc umieścić na Bestiariuszu transkrypcję rozmowy z 2009 r. zatytułowanej „Czy warto tłumaczyć dzieła przetłumaczone…”. W dyskusji tej wziął udział Wojciech Charchalis, tłumacz powieści Cervantesa

http://www.newsweek.pl/w-kolko-to-tlumacza-,48829,1,1.html (dostęp: 10.10.2014)

W kółko to tłumaczą!

Rozmawiał Filip Łobodziński

15-11-2009 , ostatnia aktualizacja 15-11-2009 16:30

Czy warto tłumaczyć arcydzieła wcześniej już przełożone? Po co nam nowy „Don Kichot” czy „Bracia Karamazow”? Wybitni tłumacze: Antoni Kroh, Wojciech Charchalis i Adam Pomorski tłumaczą się w rozmowie z Filipem Łobodzińskim (również tłumaczem).

Newsweek: „Pan feldkurat polecił mi was jako wielkiego głuptaka i zdaje się, że miał rację”. To zdanie maniacy „Szwejka” recytują zbudzeni w środku nocy. I oto uszczęśliwiono ich nowym tłumaczeniem powieści Jaroslava Haška, gdzie kwestia porucznika Lukáša brzmi: „Ksiądz kapelan nazwał was piramidalnym idiotą i myślę, że się nie mylił”. Dla szwejkologów to cios na miarę „sławetnego lania”, bo „Szwejk” w przedwojennym przekładzie Pawła Hulki-Laskowskiego wrósł w polszczyznę niczym „Trylogia”. Po co wywracać porządek do góry nogami? Sam mam na sumieniu nowy przekład autobiografii Milesa Davisa, ale to była opowieść jazzmana, a nie kanon literacki. Inni odwalili już robotę przy arcydziełach, po co więc robić to kolejny raz?

Antoni Kroh: A po co w ogóle nowe książki, obrazy, filmy, spektakle? Jest ich tyle, a wciąż powstają kolejne…

Wojciech Charchalis: W wypadku „Don Kichota” należało ożywić tę książkę. Przecież starsi jej nie czytają, bo to dla dzieci, a dzieci nie, bo przecież to opasłe tomisko i wielka literatura, więc pewnie nie zrozumieją. A warto ją ocalić, bo to naprawdę wspaniała książka, tylko trudno to dostrzec na podstawie funkcjonujących na rynku przekładów…

Adam Pomorski: Lepiej zamiast o arcydziełach mówić o przekładzie tekstów fundamentalnych. Z tym mierzy się każda epoka w dziejach kultury. Możliwość i umiejętność oddania w przekładzie poetyki takiego oryginału to sprawdzian stylistyki rodzimej. Zły przekład zubaża własną, a nie obcą kulturę. Nie umiejąc oddać we własnej mowie fundamentalnych tekstów kultury powszechnej, stawiamy się w położeniu barbarzyńców wobec cywilizacji: barbarzyńcy cywilizacji nie dostrzegają, nie potrafią sprecyzować jej cech i mechanizmów. Czytaj resztę wpisu »

[Link] Tajemnica zapachu starych i nowych książek

Weźmiy Materyą miesną jaką chcesz…

…osobliwie jednak Kapłona albo Kurę, Sarnę albo zaięcy udziec, ocięgni, odbierz, wleź w garnek, nakray słoniny…

To początek jednego z przepisów zawartych w najstarszej polskiej książce kucharskiej autorstwa Stanisława Czernickiego.

Livre du roi Modus et de la reine,
Bibliothèque nationale, Département des manuscrits, Français 22545 fol. 72.
Źródło: Wikipedia

Wśród ksiażek historycznych, jakie w ostatnim czasie pojawiły sie na rynku, zwróciły moją szczególną uwagę nowe wydania właśnie takich zabytków sztuki kulinarnej.

W publikacji takich perełek przoduje Muzeum-Pałac w Wilanowie, które wspólnie z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu i Fundacją Książąt Lubomirskich przygotowało serię „Monumenta Poloniae Culinaria„, a wśród nich:

oraz

wszystkie te książki są do nabycia w  sklepie internetowym muzeum w Wilanowie: http://e-sklep.wilanow-palac.pl/

Tym zaś, którzy chcieliby jedynie zapoznać się z przepisami zamieszczonymi w Compendium Ferculorum i samodzielnie pobawić się odcyfowywanie przepisów polecam wizytę na stronach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej:

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/docmetadata?id=66766&dirds=1&tab=2 gdzie znajduje się skan oryginalnego wydania książki Czernickiego z 1682 r. (!)

Nie można też pominąć egzotycznej publikacji wydanej przez Towarzystwo Wydawnicze „Historia Iagellonica”, czyli „Libre de Sent Sovi” najstarszej znanej katalońskiej księgi kucharskiej: http://www.matras.pl/poradniki/kulinaria/llibre-de-sent-sovi-katalonska-sredniowieczna-ksiega-kucharska.html?utm_source=nokaut.pl&utm;_medium=cpc&utm;_campaign=2012-07&utm;_content=145764#nclid=ed2f656c998d21f56d5e57a697fadf26

 

przy okazji przypominamy o zeszłorocznym żarcie primaaaprilisowy w wykonaniu British Library, czyli książce kucharskiej  z przepisami na potrawy z jednorożca:

https://bestiariusz.wordpress.com/2012/07/05/a-yednorozca-piecz-na-roznie-godzin-dwie/

Książki…

Książki można czytać lub się nimi chwalić (zwłaszcza, gdy są to książki, których przeczytanie stanowi przepustkę do „elity”… 😛  ).

Niektórzy ludzie potrafią jednak znaleźć dla nich inne zastosowanie:

Znalezione na stronie:

http://www.thisiscolossal.com/2012/04/new-cut-book-illustrations-by-thomas-allen/ 

Podobnie nietypowe zastosowanie ksiażek pojawiło się już jakiś czas temu na kartach Bestiariusza:

https://bestiariusz.wordpress.com/2012/01/18/na-marginesie/

były to bajecznie kolorowe ilustracje wykonane na stronach ksiażek o tematyce naukowej lub technicznej.

„Czołgi” przeciw wojskom Rzeczypospolitej, czyli hulajgrody na saniach pod Moskwą

W  publikacji zatytułowanej Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i ofi­ce­rów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610—1612 (Wydawnictwo Platan 1995 r.) znalazłem interesujący fragment Diariusza Samuela Maskiewicza…, który zacytuję:

„Die 4 aprila, Poniedziałek Wielkanocny, dano znać, że Proszewicki idzie w 15.000 wojska. Pan Struś ze swoim się pułkiem wymknął, aby szedł przeciwko niemu, a nie miał, jeno 500 koni w pułku. I tak przydawszy mu koni 200 pan Gąsiewski wyprawił go w imię Pańskie nań.

Potkał pan Struś Proszewickiego w mil 4 od stolicy, który z hulaj­grodami szedł, to jest na saniach wielkich wrota na kołowrocie stały mając dziur kilka w sobie dla strzelania z samopałów. Do tych sań każdych po 10 strzelców przystawiono, ci i sanie przed sobą pchną, i strzelają stanąwszy jak z zamurza. A takich sań tak wiele, jako tabor jego potrzebował, że wszędzie tak na zadzie, bokach jako i na przedzie taboru wkoło podle siebie były prowadzone.

Nie mając nigdzież dziury od taboru, nie lza było naszemu kopijnikowi, jeno spieszyć się z koni a rozerwać tabor; i tak uczynili. Wpadłszy za tym 700 człowieka, za pomocą Najwyższego pobili i pogromili nieprzyjaciela znacznie…”

Zwróćmy uwagę na fakt, że sanie wspomniane w powyższym fragmencie nazwane zostały „hulajgrodami”, a więc rodzajem machiny oblężniczej. Po drugie intere­su­jące jest, iż „wrota”, a więc tarcza, która osłaniała strzelców i posiadała odpo­wied­nie otwory strzelnicze została umieszczona na „kołowrocie” — który jak rozumiem pozwalał obracać tarczę w różne strony — w zależności skąd następował atak. Można wręcz powiedzieć, że pełniły funkcję czołgów lub transporterów opance­rzo­nych i to dostosowanych do działania w warunkach zimowych.

Co prawda walka w taborze nie jest niczym wyjątkowym w historii — tak walczyli husyci i tak też walczono na południowo-wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Jednak z użyciem przez wojska moskiewskie sań i to odpowiednio przygoto­wanych do walki, spotkałem się po raz pierwszy.

Jako bonus dorzucam niepoprawny politycznie obraz Matejki: Carowie Szujscy na sejmie warszawskim 29 października 1611 (źródło: Wikipedia).

PS. Z kalendarium zamieszczonego na końcowych stronach Moskwy w rękach Polaków wynika, że starcie mogło mieć miejsce 31 marca 1611 r.

Wyjątkowe podpórki do książek…

…czyli ciekawe uzupełnienie biblioteczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

i kilkanaście innych, które można podziwiać tutaj:

http://www.etsy.com/shop/KnobCreekMetalArts?section_id=6552804

Źródło:

http://www.thisiscolossal.com/2012/04/clever-bookends-by-knob-creek-metal-arts/

Minimalizm… wg Patrika Svenssona

Dzisiaj polecam zestaw plakatów do znanych filmów i książek. Co ciekaweplakaty te stworzono przy użyciu kilku zaledwie znaków:

Strona autora:

Prince Hat.

Przy okazji zachęcam do zapoznania się z innymi pracami Patrika Svenssona.