[Kącik muzyczny] Piosenka warszawsko-śnieżna.

House(s) of Rising Sun – antologia muzyczna

Ballada o smutnym losie dziewczyny z amerykańskiego Południa znana jest chyba każdemu miłośnikowi muzyki rockowej. Zapewne kojarzą ją nawet osoby, które nie interesują się muzyką w ogóle. Tutaj prezentujemy ją w wersji live (?) z 1964, ze słyszalnymi w tle żywiołowymi reakcjami żeńskiej części publiczności (histeria jak na Beatlesach 🙂 )

Piosenka ta miała wiele tzw. coverów, wykorzystywanych również w filmach. Ostatnio motyw muzyczny z tego utworu pojawił się w serialu Westworld. Twórca ścieżki dźwiękowej Ramin Djawadi w 2016 przygotował wersję instrumentalną „Domu…” stylizując ją na dźwięki pianoli (czyli zmechanizowanego pianina z bębnem na który nałożona była papierowa taśma perforowana – odpowiednik taśmy magnetofonowej sprzed 150 lat – Wikipedia – Pianola).

Ponadto w 2016 roku piosenka wykorzystana została w nowej wersji filmu „Siedmiu wspaniałych”:

Okazuje się jednak, że oryginał z 1964, sam jest tak naprawdę coverem, ponieważ motyw „Domu Wschodzącego Słońca” obecny był w muzyce folkowej już od dłuższego czasu (nawet w czasach bezpośrednio po wojnie secesyjnej), a Animalsi dokonali jego znakomitej (!) interpretacji i piosenka została z nimi skojarzona na zawsze.

Co ciekawe wykonanie Animalsów wcale nie jest jej pierwszym nagraniem:

wersja z 1933

Joan Baez 1960

Bob Dylan 1962

z 1935

Woody Guthrie 1944

Wymieniając różne wersje „Domu…” muszę wspomnieć o nagraniu z okresu rocka progresywnego – Frijd Pink 1970

a w zestawieniu nie mogło zabraknąć polskiej wersji „Domu…” w wykonaniu zespołu Kult z Kazikiem Staszewskim. Muzycznie utwór jest zupełnie na serio, natomiast tekst został przerobiony w „kazikowym stylu”:

Fenomenalny Andrzej Hiolski w arii z „Cyrulika Sewilskiego”

Dla wszystkich, którzy chcą śledzić tekst lub angielskie tłumaczenie wklejam fragment libretta:

Czytaj resztę wpisu »

Goplana, maliny i zmory w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej

Pierwsze od roku 1949 przedstawienie „Goplany” autorstwa duetu Żeleński-German niewątpliwie jest wielkim wydarzeniem, wartym odnotowania i skomentowania, jednak dzisiaj Bestiarusz Kulturalny postanowił zamieścić – znalezioną jakiś czas temu – oryginalną recenzje z PRAPREMIERY Goplany w roku 1896,

a także unikatowy egzemplarz libretta z Biblioteki Teatru Lwowskiego (Lwów, 1896), z wpisami suflerskimi[link].

A oto recenzja:

GŁOS NARODU z dnia 24 Lipca 1896 roku, Nr. 168 [LINK]

Z dawna — i z takiem upragnieniem oczeki­wana najmłodsza córa muzy Władysława Żeleńskiego „Goplana”, została wczoraj po raz pierwszy w świat wprowadzoną. Łatwo zrozumieć, że ukazanie się na widowni dzieła, do którego ogół polski i wielkie zna­czenie i tyle nadziei dla sztuki przywiązywał, mu­siało obudzić wśród niego niezwykłe ożywienie, a za­interesowanie w mieście naszem tem silniejsze, że pierwszy to podobno wypadek, aby opera świeżo po­wstała, święciła premierę na scenie krakowskiej.

Jak wiadomo, libretto do „Goplany” zawdzięcza Żeleński radcy szkolnemu p. Germanowi, któremu znów głównego materjału dostarczył Słowacki, czer­piący klejnoty do swojej „Balladyny” — ze skar­bnicy podań ludowych.

Że „Balladyna” nie od dziś stanowiła cel we­stchnień dla kompozytorów naszych, o tem świadczy illustracja muzyczna, w jaką część fantastyczna zwła­szcza utworu została uposażoną naprzód przez Hoffmana, a następnie przez Henryka Jareckiego. Tej predylekcji zresztą muzyki dla poematu Juljusza dzi­wić się nie można. Wprowadzenie do dzieła czyn­ników wysoko idealoych ze skrajnie fealistycznemi, rozmaitość obrazów, to raz trzymanych” w oświetleniu łagodnego liryzmu, to znów pogrążonych w nastrój silnie dramatyczny — wszystko to przecież powody, mogące do „Balladyny” pociągnąć kompozytora, któ­ry po za obszarem uczuć znajduje tutaj jeszcze wdzięczne tło do uwydatnienia, czy to barwnej cha­rakterystyki, czy też efektów nastręczających się z ze­tknięcia dwóch kontrastujących z sobą światów: ziemskiego i eterycznego.

Nazwisko Słowackiego i imię głównej jego bo­haterki uwalnia nas od szczegółowego powtórzenia treści opery. Oczywiście w przetworzenia budowy po­ematu dokonanem ręką p. Germana na libretto, da­wne sytuacje ledwie się tutaj migocą, postacie ledwie się wychylają, rzecz jednak cała, przyznać trzeba, z wielką zręcznością ułożona. Z wyjątkiem zakończęnia samego, gdzie akcja zbyt pospiesznym krokiem dąży do rozwiązania katastrofy, sytuacje zresztą roz­wijają się naturalnie, symetrja w budowie i w ugru­powaniu figur — odpowiednia, górujące efekty, tre­ściwie i praktycznie przygotowane. Niepraktycznem jedynie dla kompozytora może być: 1) usunięcie z głó­wnego personalu głosu basowego, tej ważnej podstawy dla ensemblu i 2) wprowadzenie w obsadę naczelnych partyj aż sześciu głosów żeńskich — zbytek, na jaki nie prędko która scena zdobić się potrafi. Nie­mniej zastanawiającą jest rzeczą, dlaczego poemat Słowackiego w przeobrażeniu swem na operę otrzy­mał nazwę „Goplany”? Możnaby stąd wnosić, że punktu ciężkości działania powinnibyśmy szukać w czę­ści fantastycznej opery, gdy tymczasem rzecz ma się, przeciwnie i podobnie jak w tragedji tak i tutaj po­stać Balladyny pozostaje na dawnem stanowisku — głównej bohaterki utworu.

Na kanwę ujętą w ramy 3-aktowej partycji rzu­cił Żeleński mnóstwo kwiatów szczerego natchnienia. Arja wstępna „Goplany” piosnka Grabca, romans Kirkora, scena marzycielska Aliny przy końcu I aktu, scena zamiany Grabca w wierzbę, pieśń przy winie w akcie ostatnim — wszystkie te ustępy pełne są pięknych pomysłów i świadczą chlubnie o subtelno­ści uczuć. Nader wdzięcznym jest także chór rycerzy wstępny i chór wieśniaków w akcie II, gdzie żywioł narodowy w sympatycznej i iskrzącej objawia się for­mie. Ale koronę partycji nazwalibyśmy na wskróś dramatycznością owiany duet między Aliną a Balladyną jak w ogóle cały akt II odznaczający się szczególną melodyjnością i efektownym układem.

Obok tych pereł jednakże nie brak w partycji miejsc nużących rozwlekłością, jak n.p. kwintet I aktu lub też takich, które ludzi muzykalnie wykształ­conych mogą przez swoje kombinacje harmoniczne i kontrapunktyczne w zachwyt wprowadzić, ale dla przeciętnego słuchacza operowego mają znaczenie — łamigłówki. Najmniej szczęśliwym wydał się nam akt III w pierwszej swej połowie, aczkolwiek nale­żałoby oczekiwać, że właśnie z wzrastającą na sce­nie akcją wzmoże się także energja kompozytora i puls jego do energiczniejszej twórczości pobudzi. Brakuje także muzyce eterycznej „Goplany” tej powiewności, która u Mendelsohna we „Śnie nocy le­tniej” w tak nierozerwalną całość z poematem się splata, że jednej bez drugiego pomyśleć nie można. Jakkolwiek indywidualność Żeleńskiego na każdej nie­mal karcie partycji cechę swoją znacząco wyciska, nie da się przecież ukryć, że twórca „Goplany” na podszepty obcych kompozytorów, jak n.p. Schuberta, Thomasa, Masseneta, nie zawsze obojętnie się zacho­wuje. Jeżeli zaś koniecznie idzie o wynalezienie wzo­ru, mogącego służyć tutaj za szczególną modłę do naśladownictwa, to wzór ten dałoby się odnaleźć w znakomitym twórcy „Lohengrina”. Widać to nie tylko z traktowania orkiestry, której Żeleński nadaje ważną rolę, chociaż nie tak ważną, jak Wagner chcą­cy niekiedy głosy ludzkie zepchnąć na plan ostatni, ale widać także i z owego splotu motywów tak zwanych: „programowych”, powtarzających się w ciągu opery w różnych tonacjach i harmonjach. Nie można jednak z tego powodu czynić zarzutu kompozytorowi. Dzisiaj, kiedy wszyscy prawie stąpają śladami wytkniętemi przez Wagnera, żądanie, aby kompozytor nie ulegał wpływom nowożytnego reformatora dra­matu muzycznego, byłoby chyba tylko prostem dzi­wactwem.

Że partycja „Goplany” pod względem opracowa­nia technicznego zdradza rękę mistrza, który taje­mnice sztuki zgłębił do dna — o tem dobrze wszystkim wiadomo. Aby więc rzecz w kilku słowach zakończyć, powiedzmy: „Goplana” jest dziełem wykwintnego smaku, opracowanem z drobiazgową starannością tak w kierunku wokalnym, jak i orkiestralnym, dziełem, nakazującem poszanowanie dla twórcy swojego, nie­tylko z powodu jego wysokich zdolności kompozytor­skich i daru kombinacyjnego, ale i z powodu usiło­wań, jakie około wydobycia nowych żywiołów dla naszego dramatu lirycznego podjął.

Jaki los czeka „Goplanę”, przyszłość okaże. To jednak pewna, że ci, którzy pod sterem dyr. Jare­ckiego zespolili się wczoraj na scenie naszej nie; szczędzili nakładu sił, aby dzieło przyodziać w szatę jak najgodniejszą i zbliżyć go do serca słuchaczów. Chcąc wymienić zasłużonych, należy powtórzyć wszy­stkie imiona objęte afiszem, a więc panie: Kasprowiczową, Dąbrowską, Kiustelnicką, Camilową, Kliszewską, Bohussównę; panów: Sienkiewicza, Gór­skiego i Almę.

Na słowo gorącego uznania zasługują również, dobrze przygotowane chóry i orkiestra a wraz z stro­ną dekoracyjną i kostiumową godzi się podnieść cały układ sceniczny przedstawienia, który do celniejszych wyników pracy reżyserskiej należy, ile, że sama na­tura wprowadzonych na scenę postaci, charakter poe­tycznej fikcji, potrzeba wreszcie połączenia i dopaso­wania najsprzeczniejszych z sobą czynników — wszy­stko to stanowi trudne istotnie zadanie dla artystów, reżyserji i maszynerji. Słowem, w każdym kierunku objawiło się staranie o jak najsumienniejsze spełnie­nie obowiązku względem dzieła polskiego, w którego bliższe rozpatrzenie niestety zbyt późna pora (przedstawienie przeciągnęło się do godziny 11) dzisiaj za­puszczać nam się nie pozwala. Ocenił te szlachetne usiłowania najwymowniej sam kompozytor; gdy bo­wiem z zapadnięciem kurtyny po 1-szym akcie cała sala zawrzała burzą oklasków i wywoływań, złączo­nych z huczną fanfarą orkiestry, ukazuje się na sce­nie formalnie zasłanej kwiatami twórca „Goplany” i wśród przejmującego wzruszenia zabiera głos aby po­dziękować artystom, którzy dzieło jego prawdziwą miłością otoczyli.

Pozostaje wreszcie dodać, że powtórzona po skoń­czeniu opery owacja, wywołała również na scenę au­tora libretta i dyr. Jareckiego, którym za udział w tem uroczystem święcie, jakie sztuka polska wczoraj na scenie krakowskiej obchodziła, miano istotnie „dobrze zasłużonych” przynależy.

Artur Rubinstein w 2 odsłonach: Polonez Chopina oraz wspomnienie z konferencji Narodów Zjednoczonych w 1945

Polonez As-Dur op. 53

http://historia.org.pl/2015/05/17/manifestacja-rubinsteina-w-onz/

Artur Rubinstein (1887 – 1982)

Rubinstein mówił: „Była duża sala, pełna chorągwi. Ja przyszedłem na próbę i szukałem chorągwi polskich. Chorągwi polskich nie było. Jak to, powiedziałem, cała wojna szła o Polskę. Niby to Francja, Anglia, Ameryka walczyły za Polskę. Ja byłem absolutnie wściekły. Jak był koncert po południu, musiałem zawsze podczas wojny grać na początku hymn amerykański. I grałem tym razem też, jak zwykle, ale nagle coś we mnie wezbrało. Moja żona stała tam za kulisami, wiedziała, co ja robię”.

Czytaj resztę wpisu »

Dżokeje, tabaka i mazur pod zegarem.

Brytyjski wizjoner operowy David Pountney, wodząc po partyturze Strasznego dworu okiem zupełnie pozbawionym balastu polskich uprzedzeń i fobii, spróbuje odnaleźć inny klucz do arcydzieła.

Taki fragment znalazłem na stronie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, w okolicach zeszłorocznej premiery opery Moniuszki. Od razu pojawiła mi się wizja tego wszystkiego, co we współczesnej sztuce mi się nie podoba: uwspółcześniania na siłę, obrzydzania czy propagandy.

csm_biel1013_g_7a36f183fc

Więc gdy się rozstaniem,/ Przed słońca świtaniem,/ Kto żyw, kto brat,/ Bierz w dłoń pełną czaszę! Strzemienne rzecz godna/ Wychylić je do dna. [Ten obrazek i kolejne pochodzą ze strony: teatrwielki.pl]

Gdy czytam taki opis to (za Zbigniewem Herbertem) nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem.  Zazwyczaj. Tym razem nie uciekłem i obejrzałem do końca. Potem oglądałem/słuchałem jeszcze wiele razy.

Czytaj resztę wpisu »

Punk-folk a’la Międzywojnie.

Gdyby punk istniał jako gatunek muzyki już w latach dwudziestych i trzydziestych, brzmiałby tak:

Wykonawcy w obrębie tego gatunku zapewne siegaliby, tak jak i muzycy zespołu „Hańba”, po wiersze socjalistycznych (i antykomunistycznych) poetów, na przykład Władysława Broniewskiego czy takich mistrzów poezji jak Julian Tuwim i Jan Brzechwa.

Muzycy konsekwentnie kreują się na kapele z lat trzydziestych XX wieku i na jednym ze swoich mini-albumów napisali:

Teksty zawarte w niniejszym zbiorze wyśpiewane zostały na krótko­gra­ją­cej płycie zbuntowanej orkiestry podwórkowej „Hańba!” z Krakowa, którą wydano we wrześniu roku 1933 w rocznicę aresztowań brzeskich.
Dla wszystkich Państwa purystów historycznych i innej maści zwolen­ni­ków poprawności wszelakiej mamy łaskawe przypomnienie, iż członkowie kapeli „Hańba!”, jako postacie w całości wyimaginowane, maja ̨ absolutne artystyczne prawo poruszać się po swoim fikcyjnym świecie bez żadnych ograniczeń czasowych czy terytorialnych.

Można uznać, że muzycy sprawnie „zrekonstruowali” nieistnejący gatunek antysa­na­cyjnego punk-folku. Mnie ich twórczość przykuła do słuchawek na dłuższy czas. Na moich playlistach umieszczam Hańbę obok Kazika Staszewskiego/Kultu, „Prąd Stały/Prąd Zmienny” Lao Che, Zacieru i Schmaltza (o którym pewnie jeszcze napiszę).

7 marca 2016 r. muzycy nagrali płytę długogrającą (zapewne album zostanie antydatowany i muzyczny wehikuł czasu przeniesie słuchaczy w okolice 1936 roku).

Ale już teraz można zapoznać się z ich całą, dotychczasową twórczością udając się na stronę internetową http://www.karoryfer.com/hanba/wydawnictwa (znaj­dują sie tam zarówno utwory w formacie mp3, jak i pliki z okłądką i książeczką z tekstami, do samodzielnego wydrukowania.

David Bowie [+], „smutny Żoliborz” i sklep płytowy na Pl. Komuny Paryskiej.

Zmarły dzisiaj David Bowie (a właściwie David Jones) najbardziej znany był ze swojej kreacji mistrza glam-rocka, Ziggy’ego Stardusta. Warto dodać, że wystąpił również jako aktor w filmie fabularnym.

W jego twórczości pojawił się „motyw polski”. Fani Davida Bowie’ego i słuchacze radiowej „Trójki” na pewno wiedzą, że wykonywał utwór „Warszawa”. Jest on owocem wizyty w Warszawie w 1973 roku. Artysta, jadąc pociągiem Moskwa-Berlin Zachodni (według innych źródeł pociąg jechał do Paryża), który zatrzymywał sie na Dworcu Gdańskim, postanowił wykorzystać planowany postój.

Wybrał się na spacer, w kierunku północnym w stronę ówczesnego Placu Komuny Paryskiej, gdzie w sklepie płytowym zakupił kilka miejscowych albumów, w tym płytę polskiego zespołu ludowego „Śląsk”. Spacer po szarym Żoliborzu, ze śladami po pociskach i zakończonej 28 lat wcześniej wojnie, tak zapadł artyście w pamięci, że muzycznie uwiecznił Miasto nad Wisłą.

Na „Youtube”: David Bowie – Warszawa – koncert z 1978 (Japonia)

Całą historię można poznać z artykułu z marca 2011 r., umieszczonego na stronie fanów Davida Bowie’ego:
https://bowiesongs.wordpress.com/2011/03/15/warszawa/

Cisza… wyborcza

Muzyczne zaskoczenia – Maleńczuk genialnie w repertuarze Czesława Niemena

« Older entries