[Polecam] Świetny artykuł o poecie, u Lechoniu.

Choć twórczość Lechonia jest wręcz przepełniona romantyczną miłością do Polski, jego najbardziej znanym utworem pozostaje Herostrates – napisany u progu II Rzeczpospolitej utwór, w którym niespełna osiemnastoletni poeta zapisał buntownicze zaklęcie: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Nie brakuje wykładowców akademickich i nauczycieli, którzy na podstawie tego tekstu zaliczają Lechonia do twórców „zrzucających płaszcz Konrada”. Zamiast odkryć ciemną głębię tej poezji, studenci i uczniowie utwierdzają się w fałszywym przekonaniu, że tradycja romantyczna umarła w XIX wieku.

Wojciech Wencel, Czarny anioł

Całość: https://teologiapolityczna.pl/wojciech-wencel-czarny-aniol-1

Reklamy

Dwugłos poetycki, emigracyjny.

Zbigniew Herbert

Moje miasto

Ocean układa na dnie
gwiazdę soli
powietrze destyluje
błyszczące kamienie
ułomna pamięć tworzy
plan miasta

rozgwiazdę ulic
planety dalekich placów
ogrodów zielone mgławice

emigranci w złamanych kaszkietach
skarżą się na ubytek substancji

skarbce z dziurawym dnem
ronią drogie kamienie

śniło mi się że idę
z domu rodziców do szkoły
wiem przecież którędy idę

po lewej sklep Paszandy
trzecie gimnazjum księgarnie
widać nawet przez szybę
głowę starego Bodeka

chcę skręcić do katedry
widok się nagle urywa
nie ma dalszego ciągu
po prostu nie można iść dalej
a przecież dobrze wiem
to nie jest ślepa ulica

ocean lotnej pamięci
podmywa kruszy obrazy

w końcu zostanie kamień
na którym mnie urodzono

co noc
staję boso
przed zatrzaśniętą bramą
mego miasta

Juliusz Słowacki

Hymn

Smutno mi Boże! Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą,
Przedemną gasisz w lazurowéj wodzie
Gwiazdę ognistą,
Choć mi tak niebo ty złocisz i morze, 5
Smutno mi Boże!

II.

Jak puste kłosy, z podniesiona głową,
Stoję roskoszy próżen i dosytu,
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu: 10
Ale przed tobą głąb serca otworzę,
Smutno mi Boże!

III.

Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali 15
Ostatnie błyski,
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
Smutno mi Boże!

IV.

Dzisiaj na wielkiém morzu obłąkany,
Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem, 20
Widziałem lotne w powietrzu bociany
Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,
Smutno mi Boże!

V.

Żem często dumał nad mogiłą ludzi, 25
Żem prawie nie znał rodzinnego domu,
Żem był jak pielgrzym co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu,
Że nie wiem gdzie się w mogiłę położę,
Smutno mi Boże! 30

VI.

Ty będziesz widział moje białe kości
W straż nie oddane kolumnowym czołom:
Alem jest jako człowiek co zazdrości
Mogił, popiołom…
Więc że mieć będę niespokojne łoże, 35
Smutno mi Boże!

VII.

Kazano w kraju niewinnéj dziecinie
Modlić się za mnie codzień… a ja przecie
Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,
Płynąc po świecie… 40
Więc że modlitwa dziecka nic nie może,
Smutno mi Boże!

VIII.

Na tęczę blasków, którą tak ogromnie
Anieli twoi w niebie rospostarli,
Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie 45
Patrzący — marli.
Nim się przed moją nicością ukorzę,
Smutno mi Boże!

„Król olch” w tłumaczeniu Antoniego Libery

Johann Wolfgang von Goethe (1749-1832)
Król olch

Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna.

– Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?
– Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok.
Król olch mnie wabi, korona mu lśni.
– To tylko mgła. Coś ci się śni.

– Mój miły chłopcze, chodź-że tu!
Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu.
Wspaniałe miejsca nad brzegiem znam
I pozłacany mój szal ci dam?

– Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew?
To znów król olch, to znów jego zew.
– Spokojnie, synku, to wiatru świst.
To szelest liści lub ptaków gwizd.

– Nie zwlekaj, chłopcze! Mam córek moc!
I z nimi się będziesz bawił co noc.
Śpiewając, tańcząc, powiodą cię hen
I tam ukołyszą, aż zmorzy cię sen…

– Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam!
To córki króla. Znak dają nam.
– Nie, synku, nie! To żaden znak.
To próchno się sypie i świeci tak.

– Kochany mój! Urzekłeś mnie.
Więc chodź po dobroci! Bo porwę cię…
– Ach, tato, tato! Porywa mnie król!
Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból.

Rumak przyspiesza, co sił, co tchu;
Biegnie na przełaj, po trawie, mchu.
I oto światło: dom tuż-tuż.
Niestety! Dziecko nie żyje już.

Bonus: folk-rockowa wersja zespołu Falkenstein, w języku oryginalnym:

Sroka. Herbert. Twardowski

K061467

Sroka podejrzliwie podpatruje Tristana pokonującego smoka – karta z manuskryptu z połowy XIII wieku. Całość: British Library – Manuscripts Digital

Zbigniew Herbert

„Pica pica”

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~

od wczesnej wiosny

do późnej jesieni rankiem

za oknem mojej Sypialni przelatuje

sroka

w annałach

kronikach

tablicach genealogicznych zwana Pica pica

z rodu kondotierów krwawych i podstępnych

niech nas nie zwodzi czystość kolorów soczyste listowie nieba niepokalana biel śniegu

tylko jej śpiew

śpiew grzechotnika odsłania jej

prawdziwy charakter morderczyni niemowląt

należałoby powściągnąć zachwyt

przestrzegać

piętnować

rzucić klątwę

zedrzeć z niej

obłok zachwytu

którym osłania zbrodnię wtrąca w wahanie lekkomyślne dusze

co zatem czynić co czynić wypada

ha wiem co zrobię

wynajmę

księdza jana Twardowskiego piewcę rodzimego drobiu jako Egzorcystę Natury

do specjalnych poruczeń

kiedy ksiądz

wyjdzie nagle z cienistego konfesjonału zagajnika ptaszysko może dostać zawału serca ze strachu

i na miejsu: skonać

zresztą księdzu przyda trochę ruchu na świeżym powietrzu

Wiersz zaśpiewany: Romanowski „Sztandary Polskie na Kremlu”

 

 

Władysław Sebyła – Sztab

SAMSUNG CAMERA PICTURES

[Zdjęcie własne]

Władysław Sebyła – utwór z tomu „Pieśń szczurołapa”

Na wielkiej mapie leżysz, na dokładnym planie.
I rzucasz w ogień swoje żelazne kompanje.

Tu są świecące szyny, a tu — bita szosa.
Tam ciurkiem ciekną ścieżki, tam są pola w kłosach.
Tu szumi las zielenią, a rzeka błękitem.
Tam są łąki, mokradła, błota nieprzebyte.
Tu grunt spękał w wąwozy, rowy i kanały,
A nad tobą jest niebo, chmurami podarte w kawały:
W mroźne, zimowe noce i letnie południa
Dysząca gwiazd oddechem, niezgłębiona studnia.

Już ci ożyła mapa. Jest jak kawał ziemi,
Wyrwany z globu groźnem kopnięciem trzęsienia.
Jak bóg, z niezmierzonego patrzysz na nią oddalenia.
I grzmotem ją tratujesz — i burzą płomieni.

Już się gotuje ziemia, już się ziemia pali.
Płyną zatrute chmury, siecze deszcz ze stali.
Za tym wzgórkiem pochyłym, za lasem wesołym
Haubice zaryją się w rolę jak woły.
I zaczną stękać ciężko, aż ziemia zadudni.
Żelazo rzygnie w niebo ze stalowych studni.

Na tych łąkach kwiecistych, po pas w lepkiem błocie,
Wypadnie beznadziejnie trwać szarej piechocie,
Wypadnie szarym ludziom łazić, gwarzyć, kurzyć,
Strzelać i konać w szumie oszalałej burzy.

W tym zagajniku młodym, w metalowym świście,
Jak kurz z drzew sypną batem kul zsieczone liście:
Tam się trawę zapali, ziemię się zapali,
Żywa dusza nie przejdzie. Kret się nie ocali.

A w te na ornem polu zasieki i druty
Rzuci się grad granatów zwykłych i zatrutych,
Aż czarnoziem czarnemi fontannami buchnie,
Żołnierz skołowacieje, oślepnie, ogłuchnie …
I przejdą po nim dymy, napojone gazem,
Zmiażdżą go gąsienice czołgów tonnami żelaza,
Skłują wściekłe kompanje nożem i bagnetem…
A potem doktór przyjdzie z płótnem i lancetem
Zszywać poprute ścięgna, pchać kiszki do brzucha,
I chwytać śmierć za włosy, czy życie tli, słuchać.

Nad zieloną równiną, w złotej mgle wieczoru,
Popłyną zgniłe chmury zielonego chloru.
Będą leżeć bez ruchu, umazani w glinie,
Ludzie o grubych ryjach, jak niewinne świnie.

Nad ogródki i kwiaty pocisk wyfrunie skrzydlaty
I głucho pękną w grządkach gazowe granaty.
A ponad miastem, w ciszy niedzielnej ukrytem,
Zaświszczą ciężkie bomby złowrogim skowytem,
Zatrzaskają motory w nieba oddaleniu…
…I nie zostanie z miasta kamień na kamieniu…

Po tych błyszczących szynach i po szos granicie,
Ukryte w gęstej nocy rozgwieżdżonem sicie,
Będą ciągnąć pośpiesznie w eszelonach długich
Pociągi pełne jadła — i ludzi na ubój.

Tylko tego nie widać, nie widać na planie,
Że we krwi, we krwi czerwonej brną kompanje!

Że gdzieś na mokrem polu, na trawiastej łące,
Telefonista wbity w sieci drutów, dzwonków,
Zasłucha się w źródlany śpiew szarych skowronków…
…I bluźnie, jak bluźnierstwem — krwią w niebo gorące!…Że młode, zdrowe chłopy, jak najgrubsze ziarno,
Będą sypać się w brózdy piaszczyste na marne,
Sypać się piachem, prochem… Nic z nich nie wyrośnie
…Tylko nikła trawka o wiośnie.

Tylko tego nie widać, nie widać na planie,
że tam są ludzie, ludzie — nie tylko kompanje,
I że krew jest czerwona, czerwona i dymi,
I że zalewa mapę jeziorem olbrzymiem.

[Link] „PIOSENKA WIOSENNA” Jacka Kowalskiego

… słońce wstaje, idą maje, i czekane urodzaje…

Więcej utworów Jacka Kowalskiego znajdziecie tutaj:

https://www.youtube.com/channel/UCMh9wbuOGU6BOdt3gC8QuSQ

[Muzyka] Jacka Kowalskiego ballada o tematyce kolejowej

Baczyński zaśpiewany – Demarczyk / Contra mundum

Jeno wyjmij mi z tych oczu

szkło bolesne — obraz dni,

które czaszki białe toczy

przez płonące łąki krwi.

Jeno odmień czas kaleki,

zakryj groby płaszczem rzeki,

zetrzyj z włosów pył bitewny,

tych lat gniewnych czarny pył. 

Kasandra [Konfrontacja malarsko-poetycko-muzyczna]

k040880

http://www.bl.uk/catalogues/illuminatedmanuscripts/record.asp?MSID=8359 Iluistracja z anonimowego francuskiego tłumaczenia De claris mulieribus (Le livre de femmes nobles et renomées) Giovanniego Boccaccio; rok powstania około 1440

Ryszard Krynicki
Elegia niczyja

Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij.
Nie módl się nadaremno.
Nie płacz. Nad twoim miastem,
nad miastem ciemność.

Kto ocaleje, kto zginie
wie może mgła poranna.
Kogo dościgną Erynie
– a kogo hańba.

Nie módl się, nie zaklinaj,
nie krzycz przez sen: Napadną.
Za późno. Bije godzina.
Już są, Kasandro.

Już weszli, Kasandro, nie płacz,
nie płacz nawet nade mną.
Nad miastem łuna i rozpacz,

nad nami ciemność.

 

Jacek Kaczmarski
Kasandra

Nic się nie kończy prostym tak lub nie
I nie na darmo giną wojownicy;
Dlatego mówię: To początek końca,
A lud pijany wspina się na mury,
Bo pustką zieją szańce barbarzyńców.

Strzeżcie się tryumfu – jest pułapką losu,
I nic nie znaczą wrogów naszych hołdy.
Jeden jest ogień, którym płoną stosy;
Miecz o dwóch ostrzach trzyma tępy żołdak…

Ja wam nie bronię radości,
Bo losu nie zmienią wam wróżby,
Ale pomyślcie o własnej słabości,
Zamiast o tryumfie nad ludźmi.

O straszne święto, co poprzedza zgon!
Szczęśliwe miasto pod rządami Priama –
Rynki, świątynie, freski, poematy
Zbezcześci zabłocony but Achaja;
Ślepota dzieci twych otwiera bramy.

Już mrówcza fala toczy się po polu,
Gdzie niewzruszenie tkwi Czerwony Koń.
Ach jakbym chciała być jak oni, być jak oni!
Ach jak mi ciąży to, co czuję, to co wiem…

Bawcie się, pijcie, dzieci,
Jak się bawić i pić potraficie –
Są ludy, co dojrzały do śmierci
Z rąk ludów niedojrzałych do życia…

 

PS. Link do jednej z poprzednich konfrontacji poetyckich opatrzonych kadrami z filmu „pojedynek” Ridleya Scotta: https://bestiariusz.wordpress.com/2015/04/06/slam-poetycki/

Dwugłos poetycki

DSCN3378

Muzeum Powstania Warszawskiego (fragm. ekspozycji)

 

Tadeusz Gajcy

Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie
ocalon został w tragicznej potrzebie,
byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej
i żył za tamtych i za siebie lepiej.

 

rozst

Andrzej Wróblewski (1927–1957), Rozstrzelanie (Muzeum Narodowe w Warszawie)

 

Zbigniew Herbert

ocalałeś nie po to aby życ
masz mało czasu trzeba dac świadectwo

Pierwszy, wszechświatowy, międzyepokowy Slam poetycki…

Na nasze zaproszenie do pojedynku, do konfrontacji stają:

Czytaj resztę wpisu »