Wydra Jana Chryzostoma Paska…

„Pamiętniki” Jana Ch. Paska czytali pewnie wszyscy, choć większość wyłącznie w szkole, a i to we fragmentach. Dlatego większości mógł umknąć znakomity fragment tego dzieła, w którym Pasek opisuje nietypowe zwierzątko, które hasało po jego majątku. Była to oswojona wydra.

Oddajmy głos autorowi – cytat za witryną http://www.staropolska.pl http://staropolska.pl/barok/JCH_Pasek/pam1680_01.html

Przysłał do mnie król JMość pana Straszewskiego, sługę swego, z listami prosząc solenniter [usilnie] o darowanie wydry, którą chowaną miałem, tak rozkoszną, że wolałbym był partem [część] substancyjej mojej dać niżeli onę, com ją tak kochał. A najpierwej dowiedział się tam od kogoś o tej wydrze, że jest cum his et his qualitatibus [z takimi a takimi przymiotami] wydra u jednego szlachcica w województwie krakowskim, ale nie wiedziano, jako mię zowią, i nie wiedziano, do kogo owe prośby ordynować. Najpierwej tedy pan koniuszy koronny pisał do pana Bełchackiego, co potym został wicesregentem krakowskiem, żeby się dowiedział, u kogo się taka znajduje wydra i jako zowią. Więc że to była wydra sławna na całe województwo krakowskie, a potym i na całą Polskę, dowiedział się pan Bełchacki i dał wiadomość, że u mnie jest. Dopieroż tedy król ucieszył się nadzieją mówiąc, że „mnie pan Pasek dawno znajomy; wiem, że mi jej nie odmówi” – i przysyła pana Straszewskiego z listem. Pisze oraz pan koniuszy koronny, pisze pan Piekarski Adryjan, krewny mój, dworzanin królewski, prosząc, żebym tego podarunku królowi nie odmawiał, gdyż się to nagrodzi wszelką łaską i respektem króla JMości. Przeczytawszy listy, zacudowałem się: kto to tam o tym zwiastował, i pytam: Dla Boga! cóż to królowi JMości po tym? – Powiedział poseł, że bardzo król JMość żąda i prosi. Ja dopiero, że nie masz tej rzeczy u mnie, co by miała być odmowna królowi JMości. Ale mi było tak miło, jakoby mię ostrym grzebłem po gołej skórze drapał. Posłałem tedy do browarnego arendarza, Żyda, żeby rękawa wydrzanego przysłał mi, który jak przyniesiono, kładę mu na stół i mówię: „A toż Waść masz prędką ekspedycyją”. Ow patrzy: „A, żywa to tu ma być, pieszczona, o którą król JMość uprasza”. Ja tedy, pożartowawszy, jużem ją musiał prezentować, a że jej nie było w domu i tam się gdzieś włóczyła po stawach, napiwszy się wódki wyszliśmy na łąki. Począłem ją wołać jej przezwiskiem, bo się Robakiem nazywała; wyszła mokra z trzciny, poczęła się koło mnie łasić, a potym i poszła za nami do izby. Zdumiał się Straszewski i mówi: „A dla Boga! jakże to król tego nie ma kochać, kiedy to tak łaskawe!” – Odpowiem ja: „To Waść same tylko łaskawość widzisz i chwalisz; ale dopiero bardziej chwalić będziesz, kiedy obaczysz cnoty”. Poszliśmy nad staw; stanąwszy na grobli i mówię: „Robak! trzeba mi ryb dla gości, hul w wodę!” Wydra poszła, wyniosła najpierwej płocicę; drugi raz kazałem: wyniosła szczupaka małego; trzeci raz wyniosła półmiskowego szczupaka, trochę tylko na karku obraziwszy. Straszewski się za głowę porwał: „Dla Boga! co to ja widzę!” – Mówię tedy: „Każesz Waść więcej nosić? Bo ona poto będzie nosiła, poko mi nie będzie zadosyć; i trzeba ryb cebra, nanosi ona, bo ją sieć nic nie kosztuje”. – Straszewski rzecze: „Już wierzę, kiej widzę; gdyby mi kto powiedał, nie wierzyłbym”. Chwycił się bardzo Straszewski tego et consensit [i przystał na to] widząc, że to z mniejszym jego nierówno będzie kłopotem, nihilominus [niemniej] żeby królowi umiał opowiedzieć jej qualitates [przymioty]. Poko nie odjechał, pokazałem mu wszystkie jej umiejętności, które były takie:
Najpierwej, ze mną sypiała w pościeli, a była tak ochędożna, że nie tylko w pościeli źle nie uczyniła, ale pod łóżkiem nic, ale poszła do jednego miejsca, gdzie jej stawiano skorupkę; to tam dopiero odprawiła swój wczas. Druga, stróż taki w nocy, Panie zachowaj, do łóżka przystąpić; chłopcu ledwie pozwoliła z butów zzuć, a potym już nie ukazuj się, bo narobiła wrzasku takiego, że się musiał obudzić, choćby najtężej spał. A kiedym był pijany, to ona po piersiach deptała wrzeszcząc tak długo, że obudziła, gdy się kto koło łóżka przechodził. A w dzień spała tak, rozwaliwszy się gdziekolwiek, że choć ją na ręce wziął, to oczów nie rozdziewiła; tak bestyja konfidowała człowiekowi! Surowej ryby, surowego mięsa nie chciała jeść; nawet kiedy w piątek albo w post uwarzono jej kurczę lub gołębie, a nie włożono pietruszki i nie dano tak, jako należy, to nie chciała jeść. Rozumiała też tak jak owo i pies: „Nie daj ruszać!” Kiedy mię kto poszarpnął za suknią a rzekłem: „Rusza” – to skoczyła z krzykiem przeraźliwym, szarpała za suknią, za nogi, równo ze psem, którego też jednego tylko kochała – zwał się Kapreol, niemiecki, kosmaty – i u niego się wszystkiego nauczyła i inszych sztuk. Z tym psem tylko swoję miała komitywę, że to był izbedny i w drodze bywał z nią wespół. Inszych psów nie lubiła i jak do izby przyszedł, zaraz go wycięła, choćby był najroślejszy chart. Przyjechał do mnie pan Ożarowski Stanisław, ba, po prostu wespół ze mną jadąc wstąpił do mnie. Byłem mu rad; wydra też, że mię trzy dni nie widziała, przyszła do mnie, nie mogła się nacieszyć, naigrać. Miał z sobą gość charcicę piękną i rzecze do syna: „Samuelu, trzymaj tę charcicę, żeby tej wydry nie zajadła”. – Ja mówię: „Nie turbuj się Waść: nie da sobie to zwierzątko krzywdy uczynić, choć małe”. – Aż on rzecze: „Co Waść żartujesz? Ta charcica wilka się chwyta, liszka jej tylko raz ziewnie”. – Poradowawszy się mnie, wydra obaczyła psa niedomowego; przyjdzie do owej charcice i patrzy jej w oczy, i charcica też na nię; obeszła ją dokoła i powąchała jej w nogę zadnią. Odstąpiła się od niej i poszła. Ja myślę: „To to już nic nie będzie czyniła”. Jeno cośmy o czymsi poczęli mówić, aż wydra znowu wstała, co mi się układła była pod nogami, i idzie cicho po podławiu, zaszła jej znowu z tyłu; kiedy ją wytnie przez łydkę; charcica skoczy do drzwi, wydra za nią: charcica za piec, wydra za nią. Kiedy widzi, że nie ma gdzie uciec, skoczy na stół, chce w okno uderzyć, aż ją Ożarowski uchwycił za nogi. Dwa kieliszki jednak szlufowane z winem stłukła, a potym jak ją wypuszczono, nie pokazała się do pana, choć nie pojechał, aż nazajutrz po obiedzie. To się jej tak wszędzie psi bali. Ale i w drodze jeno jej pies powąchał, a ona skrzeknęła przeraźliwie, to pies zaraz uciekł. W drodze wielka była z nią wygoda, kiedy w post. Bo jak to u nas, osobliwie w tym kraju, przyjedziesz do miasteczka, spytasz: „Dostanie tu ryb kupić?” To się jeszcze dziwuje: „A skądci by się tu wzięły! I nie znamy ich”. To jadąc gdziekolwiek mimo rzekę, staw, a wydra była, sieci nie trzeba. Zsiadszy trochę z woza: „Robak, hul! hul!” – to Robak poszedł, wyniósł, jakie ryby ta woda miała, jedne po drugiej, aż było dosyć. Jużem tam nie przebierał jako w domowym stawie; ale co przyniosła, to bierz, oprócz jednej żaby, bo i te często nosiła, gdyż – jakom już napisał – że ona tam nie brakowała osobami, ale co napadła, to wzięła. To i ja, i czeladź mieli się dobrze, a czasem i gość pożywił się, jak się to trafia w jednej stanąć gospodzie i kilkom gości. To się dziwowali: „A jam kazał ryb szukać w tym a w tym mieście, a nie możono nic dostać; WMMPan gdzie dostał ryb zacnych?” – Tom ja powiedział, że w wodzie. Nawet i w mięsny dzień czasem, to czeladź: „Ej, Dobrodzieju, rzucają się tu ryby w tym stawie; niech wydra idzie”. – Tom poszedł z nią – bo ona za nikiem oprócz mnie nie chciała iść – to wniosła; jeżeli dobra ryba, jako to szczupak, okoń rosły, tom ja sam jadł, nie tylko czeladź, bo ja najlepszej mięsnej potrawy gotów odstąpić dla dobrej ryby. W tym z nią w drodze było uprzykrzenie, że gdzieś jechał, to się dziwowano, ludzie kupami schadzali się właśnie, jakby to co z Indyjej przywiezionego; asystencyjej było nieskąpo, osobliwie też w Krakowie, to już kiedy jechałem przez ulicę, różnych ludzi wyprowadziło mię z Krakowa kupa. Jednego czasu byłem u wujecznego mego, pana Szczęsnego Chociwskiego; był też u niego ksiądz Trzebieński i usiadł podle mnie za stołem, a wydra leżała podle mnie na ławie; objadła się i spała, wznak rozwaliwszy się, bo to jej był najmilszy zwyczaj wznak leżeć. Ksiądz posiedziawszy, obaczył wydrę i rozumiejąc, że to rękaw, porwie wydrę chcąc obejrzeć; wydra przebudzona zaskrzeczy okrutnie, uchwyciła go za rękę i ukąsiła; ksiądz z bólu i z przestrachu zemdlał, ledwie się go dotrzeźwiono.
Kiedy już Straszewski widział owej wydry ąualitates [przymioty] obaczył też i insze myślistwo moje, jako to: zwierzyniec ptaszy, który miałem zbudowany, kratami drutowymi nakryty, a w nim ptastwo omnis generis [wszelakiego rodzaju], które tylko mogły się znajdować w Polszcze, gniazdka robiło i lęgło się na drzewkach, tam posadzonych, a nie tylko to ptastwo, co może być w Połszcze, ale i insze, cudzoziemskie, cokolwiek mogłem przybrać i skądkolwiek zaciągnąć. Straszewski był też natenczas, kiedy ptaszki na gniazdkach i kiedy jest ich generatio [wyląg], widział wszystko, że mię ptastwo słucha; widział, że się na gniaździe da pogłaskać; widział kuropatwy, tam wylężone i stadami swoje potomstwo wodzące, na zawołanie tak jako kurczęta do sypania ziarn idące. Pojechał do króla i wszystko to, co widział, powiedział. Ledwie co Straszewski przyjechał i uczynił relacyja, wzięła króla taka chęć: „Nie może być, tylko jedź znowu, a przywoź już jakiemkolwiek sposobem, bylem wydrę miał”. – Listy znowu do mnie popisano pytając, co sobie za nie każę dać. Pan koniuszy koronny, pan Piekarski pisali prosząc: Dla Boga! jużże się nie wymawiaj; wolisz dać i zbyć kłopotu, bo pokoju nie będziesz miał, gdyż król i jedząc, i chodząc, i śpiąc, tylko o tej wydrze myśli, która żeby nie miała żadnego impedymentu, darował swego kochanego rysia panu wojewodzie malborskiemu, kazwaryjusza zaś, ptaka, odesłał do Jaworowa, żeby już z samą wydrą cieszył się. Przyjechał znowu na odwrót Straszewski, listy oddał, powieda, jako król wdzięczen obietnicy wydry, bez której tęskni, i prosi mówiąc: Qui cito dat, bis dat [kto prędko daje, dwakroć daje]. W listach piszą obietnice srogie; Straszewski mi powieda, że chciał król posłać piniądzmi ukontentowanie, ale pan Piekarski powiedział: Miłościwy Królu, darmo tam piniędzy posyłać, bo ich nie wezmą; u tamtego szlachcica fantazyja dobra, pewnie tego nie uczyni; ale tak by co posłać, co by to politius [przyzwoiciej] wziąć. Posłał tedy król do Jaworowa po dwóch koni tureckich, żeby ich mi przyprowadzono; konie tam bardzo piękne, a kazał je oddać i z wsiadaniem bogatym. Ja powiedział, że nie tylko piniędzy, ale i koni nie wezmę, bobym się tego wstydził za tak nikczemny podarunek takie odbierać honoraria [wynagrodzenia].
Wyprawiłem ją tedy na nową służbę; niewdzięcznie bardzo akceptowała tę wyprawę na nową służbę, piszcząc, wrzeszcząc w klatce, kiedy przez wieś jechali, ażem poszedł do izby nie chcąc słuchać tego, co mi jej żal było. W drodze, jadąc, gdzie upatrzyli wodę in plano [na równinie], żeby się nie skryła, wypuszczali ją przecie kilka razy do wody dla ochłodzenia i ucieszenia swojej natury; po staremu i to nie pomogło: było pisku, wrzasku podostatku. Stęskniło się to, znikczemniało; przywiedli królowi tak jako sowę odętą. Niezmiernie rad król, widząc, mówi: „Stęskniło się to, ale się to obaczy. Komu ją każą pogłaskać, to go wydra za rękę. Król rzecze: „Marysieńku, odważę się ja pogłaskać ją”. – Królowa perswaduje, żeby niechać, aby nie ukąsiła; on przecie usiadszy pole niej, jak ją znowu na łóżku posadzono, do niej z ręką powolej: „To sobie będę miał za dobry znak, jeżeli mię nie ukąsi; jeżeli też ukąsi, o to mniejsza, pisać tego nie będą po gazetach”. Pogłaskał ją tedy; przychyliła mu się. Jeszcze bardziej się król udelektował, że i więcej począł ją głaskać, potym jej jeść kazał przynieść; tak ci dawał jej po kawałku, a ona jadła nie jedząc na owym złotogłowie. Już tam chodziła po pokojach, gdzie chciała, coraz swobodniej; byłaż tedy dwa dni. Postawiono jej wody w naczyniach wielkich, napuszczano tam rybek, raków; to się cieszyła, wynosiła. Król rzecze do królowej: „Marysieńku, nie będę jutro jadł ryby, tylko, co mi ta wydra ułowi; pojedziemy jutro, da Pan Bóg, do Wilanowa i tam ją będziemy próbować, jeżeli się tam pozna z rybami”.
Napisałem tedy informacyjej arkusz, jako z nią mają postępować; i to też napisałem, żeby jej nigdy nie wiązać za obrączkę, ale podle obrączki za szyję dlatego, że u wydry grubsza jest szyja niżeli głowa, to choćby najciaśniejsza obrączka, to się zaraz przez głową zdejmie. Tak się stało. Uwiązali ją za obrączkę: wydra zdarła z siebie obrączkę i z dzwonkami, wyszła. Łaziło to po wschodach przez noc, że wyszło jakoś i na dwór, jako to w tęskności. Nauczyło się u mnie chodzić, gdzie chciało, bobrować sobie po stawach, po rzekach, poko się jej podobało, według swojej natury, i przyjść według zwyczaju do domu. Ścieżkami tam gdzieś, wyszedszy, błąkało się nie wiedząc, gdzie się obrócić. Skoro rano, potkał ją dragan; nie wiedząc, co to, czy chowane, czy dzikie, uderzył berdyszem, zabił. Wstaną – wydry nie masz; wołają, szukają… kweres srogi. Rozesłano po mieście i z prośbą, i z groźbą, kto by się ważył, znalazszy, nie oddać. Aż idzie Żyd podróżny, pińczowski, a dragan za nim już to po zapłatę za skórkę. „Co to masz, Żydzie?” spyta go śwajcar. A Żyd w kieszeni trzyma rękę. Zajrzy mu pod suknią: aż skóra słomą napchana. Wzięto zaraz i Żyda, i dragana i przyprowadzono przed króla. Spojrzy król na skórkę, zatka oczy jedną ręką, drugą ręką się porwie za czuprynę, pocznie wołać: „Zabij, kto cnotliwy! Zabij, kto w Boga wierzy!” – Wrzucono obudwu do wieży; conclusum [uchwalono], żeby dragana rozstrzelać; dysponować mu się kazano. Przyszliż jednak do króla księża spowiednicy, biskupi; perswadowali, prosili, że nie zasłużył śmierci, ignorancyją zgrzeszył. Ledwoć effecerunt [wymogli], że nie kazano rozstrzelać, ale na praszczęta przez Gałeckiego regiment. Stanął tedy regiment dwiema szeregami według zwyczaju; dekret taki, żeby piętnaście razy biegał, odpoczywając nihilominus [jednakże] na skrzydłach. Przebieżał dwa razy – ludzi w regimencie półtora tysiąca, kożdy po razu zatnie – trzeci raz padł w pół szeregu; nad prawo sieczono i leżącego. Tak ci wzięto go w prześcieradło, aleć zaś powiedano, że się nie mógł wysmarować. I tak one srogie pociechy obróciły się w wielki smutek, bo król przez cały dzień i nie jadł, i nie gadał z nikim, wszystek dwór jak powarzony. Tak ci i mnie zbawili tak kochanego zwierzęcia, i sami się nie nacieszyli, jeszcze sobie turbacyjej przyczynili.

Reklamy

Dziki Zachód bez retuszu –

Nasze wyobrażenia o tzw. „Dzikim Zachodzie” niewątpliwie ukształtowane zostały przez gatunek filmowy zwany westernem, tak jak na naszą wizję Dzikich Pól ma niewątpliwie wpływ „Trylogia” Sienkiewicza.

Oczywistym jest, że codzienne życie wyglądało zupełnie inaczej (czytaj: spokojniej).  Nawet słynna strzelanina w Tombstone (O.K. Corral) ponoć trwała jedynie kilkadziesiąt sekund i odbiegała od tego co przedstawiono w kilkunastu filmach na jej temat. Prawdziwe oblicze zachodnich terytoriów Stanów Zjednoczonych można natomiast podziwiać na fotografiach sprzed blisko 150 lat. Niektóre z nich można znaleźć na przykład pod tym adresem interntowym:

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2149899/The-American-West-youve-seen-Amazing-19th-century-pictures-landscape-chartered-time.html

Warto w tym miejscu

Bogatym źródłem fotografii z XIX wieku jest portal http://www.shorpy.com/ – bogate źródło, zwłaszcza dla osób zainteresowanych wojną secesyjną

Weźmiy Materyą miesną jaką chcesz…

…osobliwie jednak Kapłona albo Kurę, Sarnę albo zaięcy udziec, ocięgni, odbierz, wleź w garnek, nakray słoniny…

To początek jednego z przepisów zawartych w najstarszej polskiej książce kucharskiej autorstwa Stanisława Czernickiego.

Livre du roi Modus et de la reine,
Bibliothèque nationale, Département des manuscrits, Français 22545 fol. 72.
Źródło: Wikipedia

Wśród ksiażek historycznych, jakie w ostatnim czasie pojawiły sie na rynku, zwróciły moją szczególną uwagę nowe wydania właśnie takich zabytków sztuki kulinarnej.

W publikacji takich perełek przoduje Muzeum-Pałac w Wilanowie, które wspólnie z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu i Fundacją Książąt Lubomirskich przygotowało serię „Monumenta Poloniae Culinaria„, a wśród nich:

oraz

wszystkie te książki są do nabycia w  sklepie internetowym muzeum w Wilanowie: http://e-sklep.wilanow-palac.pl/

Tym zaś, którzy chcieliby jedynie zapoznać się z przepisami zamieszczonymi w Compendium Ferculorum i samodzielnie pobawić się odcyfowywanie przepisów polecam wizytę na stronach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej:

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/docmetadata?id=66766&dirds=1&tab=2 gdzie znajduje się skan oryginalnego wydania książki Czernickiego z 1682 r. (!)

Nie można też pominąć egzotycznej publikacji wydanej przez Towarzystwo Wydawnicze „Historia Iagellonica”, czyli „Libre de Sent Sovi” najstarszej znanej katalońskiej księgi kucharskiej: http://www.matras.pl/poradniki/kulinaria/llibre-de-sent-sovi-katalonska-sredniowieczna-ksiega-kucharska.html?utm_source=nokaut.pl&utm;_medium=cpc&utm;_campaign=2012-07&utm;_content=145764#nclid=ed2f656c998d21f56d5e57a697fadf26

 

przy okazji przypominamy o zeszłorocznym żarcie primaaaprilisowy w wykonaniu British Library, czyli książce kucharskiej  z przepisami na potrawy z jednorożca:

https://bestiariusz.wordpress.com/2012/07/05/a-yednorozca-piecz-na-roznie-godzin-dwie/

Sowa króla Zygmunta Wazy

Kazimierz Konarski w cytowanej już wcześniej książce „Warszawa w pierwszym jej okresie stołeczności” podaje:

„Razu jednego, głosi opowieść czy legenda, gdy mu arcybiskup i kanclerz o wojnie coś donosili, notował sobie coś w pularesie. Sądzili, że niespokojny był o los wojny, a król, który był dobrym malarzem, złotnikiem i tokarzem, pokazał im narysowaną małą sowę”. *

Jednak jak przekazuje Konarski, król Zygmunt potrafił stworzyć dzieła bardziej skomplikowane niż owa mała sowa. Albowiem wykonał król gotycką monstrancję, która znajdował się skarbcu katedry warszawskiej, zegar ścienny podarowany w 1597 legatowi Gaetano oraz obraz znajdujący się w galerii augsburskiej – przedstawiający św. Łucję. O ile obraz świętej  wprost jest przypisany królowi, to warto wspomnieć, że w tej galerii znajduje się także inne dzieło (oficjalnie o nieustalonym autorstwie) które niektórzy przypisują Zygmuntowi III, a inni… Rubensowi lub Tinorettowi.

Takie królewskie hobby było jednak nie w smak opinii szlacheckiej. Choć i tak łatwiejsze do zaakceptowania niż  gra w piłkę i kręgle (te rozrywki gromił np. Wacław Potocki).

Zygmunt III Waza (1861. Akwarela na papierze)
Autor: Jan Matejko
Źródło: http://www.pinakoteka.zascianek.pl

* – cytowany przez K. Konarskiego fragment pochodzi prawdopodobnie z książki: „Mecenat Zygmunta III i życie umysłowe na jego dworze” autorstwa Czesława Lechickiego.

Warszawskie bileciki dwustrefowe… w XVIII wieku.

Pod koniec ubiegłego i na początku obecnego roku mieszkańcy podwarszawskich miejscowości żywo dyskutowali na temat zmian cen biletów dwustrefowych, które umożliwiały korzystanie z komunikacji miejskiej zarówno na terenie Warszawy, jak i sąsiednich miejscowości (np. Otwocka, Karczewa). To tyle tytułem wstępu.

Czytelnik zapewne zapyta co ma to wspólnego z XVIII wiekiem. Ma i to sporo.

(Źródło: Wikipedia)

Sam pomysł ze zorganizowaniem komunikacji dwustrefowej nie jest wcale tak nowy. Otóż Kazimierz Konarski, w książce „Warszawa w pierwszym jej stołecznym okresie” (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970 r .) zamieścił taką informację:

Dla fiakrów warszawskich, kiedy ich pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku zorganizowała specjalna kompania, wydano szereg przepisów porządkowych i taksę obowiązującą w granicach miasta. „Fiakry kursować mieli – pisze Żebrowski(*) – od godz. 6 rano w lecie, a w zimie od 7 do północy. Jako stacje wyznaczone były miejsca pod statuą Zygmunta, przed pałacem Radziwiłłowskim na Krakowskim Przedmieściu (…) i koło kościoła ks. ks. Pijarów przy ul. Długiej; prócz tych stacji głównych dodano parę mniejszych przystanków. Poza tymi punktami nigdzie, zwłaszcza zaś w pobliżu szynków, fiakrom nie wolno było się zatrzymywać. Wszelka jazda w obrębie obszaru zamkniętego między Wisła a ul. Bagno, Pl. Grzybowskim, ul. Zimną i Rymarską z jednej, a Muranowem i ul. Świętokrzyską z drugiej strony uchodziła za kurs normalny, od którego się należał 1 zł. Na granicach tego obszaru jurysdykcja wystawiła tablice z napisem: <<Tu kursu koniec>>. Jazda dalsza aż do okopów miejskich, a także jazda nocna nocna była opłacana podwójnie. Można też było najmować fiakry na godziny, płacąc za każdą po dwa  złote. Opłacać należało zawsze z góry do rąk pisarka kompanii dyżurującego na stacji.”

(*) – Przypis wyjaśnia, iż chodzi o artykuł T. Żebrowskiego „Policja ruchu ulicznego w Warszawie za Stanisława Augusta” (opublikowany w czasopiśmie „Kronika Warszawy” Nr 5 z 1929 r.)

„Czołgi” przeciw wojskom Rzeczypospolitej, czyli hulajgrody na saniach pod Moskwą

W  publikacji zatytułowanej Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i ofi­ce­rów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610—1612 (Wydawnictwo Platan 1995 r.) znalazłem interesujący fragment Diariusza Samuela Maskiewicza…, który zacytuję:

„Die 4 aprila, Poniedziałek Wielkanocny, dano znać, że Proszewicki idzie w 15.000 wojska. Pan Struś ze swoim się pułkiem wymknął, aby szedł przeciwko niemu, a nie miał, jeno 500 koni w pułku. I tak przydawszy mu koni 200 pan Gąsiewski wyprawił go w imię Pańskie nań.

Potkał pan Struś Proszewickiego w mil 4 od stolicy, który z hulaj­grodami szedł, to jest na saniach wielkich wrota na kołowrocie stały mając dziur kilka w sobie dla strzelania z samopałów. Do tych sań każdych po 10 strzelców przystawiono, ci i sanie przed sobą pchną, i strzelają stanąwszy jak z zamurza. A takich sań tak wiele, jako tabor jego potrzebował, że wszędzie tak na zadzie, bokach jako i na przedzie taboru wkoło podle siebie były prowadzone.

Nie mając nigdzież dziury od taboru, nie lza było naszemu kopijnikowi, jeno spieszyć się z koni a rozerwać tabor; i tak uczynili. Wpadłszy za tym 700 człowieka, za pomocą Najwyższego pobili i pogromili nieprzyjaciela znacznie…”

Zwróćmy uwagę na fakt, że sanie wspomniane w powyższym fragmencie nazwane zostały „hulajgrodami”, a więc rodzajem machiny oblężniczej. Po drugie intere­su­jące jest, iż „wrota”, a więc tarcza, która osłaniała strzelców i posiadała odpo­wied­nie otwory strzelnicze została umieszczona na „kołowrocie” — który jak rozumiem pozwalał obracać tarczę w różne strony — w zależności skąd następował atak. Można wręcz powiedzieć, że pełniły funkcję czołgów lub transporterów opance­rzo­nych i to dostosowanych do działania w warunkach zimowych.

Co prawda walka w taborze nie jest niczym wyjątkowym w historii — tak walczyli husyci i tak też walczono na południowo-wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Jednak z użyciem przez wojska moskiewskie sań i to odpowiednio przygoto­wanych do walki, spotkałem się po raz pierwszy.

Jako bonus dorzucam niepoprawny politycznie obraz Matejki: Carowie Szujscy na sejmie warszawskim 29 października 1611 (źródło: Wikipedia).

PS. Z kalendarium zamieszczonego na końcowych stronach Moskwy w rękach Polaków wynika, że starcie mogło mieć miejsce 31 marca 1611 r.

03.05.2012 – „łikendowy” zestaw linków…

Nowojorskie archiwum miejskie udostępniło zdjęcia pokazujące jak NY wyglądał jeszcze 60 lub 100 lat temu. Ciekawostka dla miłośników starych zdjęć…


http://www.theatlantic.com/infocus/2012/04/historic-photos-from-the-nyc-municipal-archives/100286/

 

Równie interesujące zdjęcia można znaleźć w cyfrowym repozytorium Biblioteki Kongresu.  W kolekcji ponad stu pocztówek z XIX w. przedstawiających zakątki cesarstwa rosyjskiego, znajduje się także kilkanaście zdjęć Warszawy.

 http://www.loc.gov/pictures/search/?q=LOT%2013419,%20warsaw&st=gallery

 

Ponadto ciekawostka dla osób, które uważają, że zwykły lańcuch przy drzwiach to mało, żeby zapewnić bezpieczeństwo…


http://blog.makezine.com/2008/04/01/labrynth-lock-thinkgeek/

Człowiek ze Stratfordu…

Dzisiaj w ramach Bestiariusza polecam kolejny artykuł T. Gabisia, w którym autor przedstawia  rewizjonistyczne teorie na temat autorstwa sztuk  przypisywanych niejakiemu Szekspirowi:

http://www.tomaszgabis.pl/?p=663 

http://rebelya.pl/post/446/gabis-od-delii-bacon-do-filmu-anonimus 

Mit Chińskiego Muru…

Tym razem link do artykułu znakomitego publicysty, Tomasz Gabisia. Autor zazwyczaj pisze na tematy „niemieckie”. Tym razem zajął się Chińskim Murem.

Pełny tekst jest dostępny pod adresem: http://www.tomaszgabis.pl/?p=658

A to fragment na zaostrzenie apetytu:

Pod koniec dziewiętnastego wieku Francuz ksiądz Larrieu opublikował książkę zatytułowaną: Chiński Wielki Mur: dowód, że ten mur, takim jak się go powszechnie opisuje, nie tylko nie istnieje ale nigdy nie istniał (Paryż 1887). Ksiądz Larrieu uważał, że rzeczywiście w głowie jednego z chińskich cesarzy powstała idea czegoś w rodzaju Wielkiego Muru, ale nigdy nie została zrealizowana, choć można domniemywać, że pewne kroki w tym kierunku poczyniono. Według Larrieu`go świadczyć mogą o tym niskie, kwadratowe wieże usypane z ziemi lub podobne ziemne wieże dodatkowo pokryte kamieniami. Ale wieże te znajdują się w dużej odległości od siebie i nigdy nie były połączone ze sobą żadnym murem. I to jest, stwierdził Larrieu, chyba dokładne wyobrażenie tego, czym był Wielki Mur, to jest rzekomy Wielki Mur zredukowany do swoich rzeczywistych wymiarów.

Newer entries »