1861-1970-1981

1. 1861 – 27 lutego

z: Manifestacye Warszawskie, (wyd. 1916) http://dlibra.umcs.lublin.pl/dlibra/doccontent?id=18910

Powstała straszna wrzawa na sali, wszyscy poruszyli się z miejsc i pędzili na Krakowskie Przedmieście, ku Placowi Zamkowemu, gdzie już tysiące ludzi gromadziło się przed zamkiem. Rozpędzanie tłumów nahajkami kozackiemi nie osiągało skutku.

Tłum potężniał coraz więcej, wrzawa rosła, a wśród niej odzywały się tu i owdzie pieśni pobożne i patryotyczne, nadające dziwny jakiś nastrój religijnomistyczny całemu ruchowi. Tłoczyliśmy się trotuarem koło byłego domu Malcza (dziś już nie istniejącego), gdy nagle usłyszeliśmy szczęk broni maszerującego wojska i komendę, nakazującą strzelanie.

Wpadliśmy z Bolesiem Kłokockim do wąziuchnej sionki jednego ze starych domów na tej zwężającej się podówczas ulicy, gdy nagle padły strzały. W śród grobowej ciszy, jaka w tej chwili zaległa zbitą masę ludu, zaczęły się przedzierać jęki kilku osób rannych; równocześnie, gdy wojsko maszerować zaczynało dalej ku Zamkowi, podniesiono z ziemi: Zdzisława Rutkowskiego, Marcelego Karczewskiego (obywateli ziemskich), inżyniera Wittego, rzemieślnika, Karola Brendla i ucznia, Michała Arcichiewicza, owych pięciu poległych, których nazwiska krwawo zapisały ów dzień w kronikach 1861 r.

Na noszach z lasek i parasoli dźwigała młodzież owe pięć ofiar, a za niemi kobiety, mężczyźni i masa młodzieży biegła, wołając o pomstę za niewinnych i maczając chusty w ich krwi, za sprawę ojczyzny przelanej. W prawdzie były to ofiary, niestety, prostego wypadku tylko, bo mógł tak dobrze każdy zdobyć ową palmę męczeńską, ale manifestacya, krwią okupiona, wyzyskana była wspaniale przez tych, którzy ją dla pobudzenia ducha zorganizowali.

Zawrzało w calem mieście jedno hasło zemsty i nienawiści. Poległych złożono w salce Hotelu Europejskiego,

Artur Oppman, Pięciu poległych (fragm.)
Padały liście z cmentarnych gałązek,
Szeptała powieść o dawnych żałobach,
A jam raz pierwszy obaczył z
Powązek
Ojczyznę moją całą w grobach… w grobach…
Świst kul w ulicach… Ludu pieśń gromowa…
Na pięciu trumnach cierniowe korony…
Przesiąkłe łzami matki mojej słowa,
Polskiego dziecka chrzcie błogosławiony!

2. 1970 – 17 grudnia

http://www.solidarnosc.gda.pl/aktualnosci/17-grudnia-1970-wspomnienia-gdyskiego-portowca/

Idąc do domu zatrzymałem się przy Szpitalu Miejskim. Było jeszcze wcześnie, około godziny 7.15.  Na ulicy przed głównym wejściem do szpitala panowało niesamowite zamieszanie zarówno wśród personelu szpitala, jak i zebranej przed szpitalem grupy osób. Przybywało coraz więcej samochodów i robiło się coraz większe zbiegowisko. Z ogromnym lękiem obserwowałem, jak wnoszono do szpitala ciężko rannych młodych ludzi, przeważnie tak zwykle na rękach. Wszystko to wykonywano z dużym pośpiechem. Pielęgniarki i lekarze udzielali pierwszej pomocy rannym częściowo już na ulicy przed wejściem do budynku szpitalnego. Przebywający w pobliżu milicjanci i wojskowi nie włączyli się do pomocy, tylko z dystansu przyglądali się akcji niesienia pomocy.

Jedna taksówka przywiozła czterech, a może było to nawet pięciu rannych, którzy nawzajem pomagali sobie przy wysiadaniu i pieszo dowlekli się do szpitalnego wejścia. Taksówkarz był jak sparaliżowany, nie mógł ani wysiąść, ani pomóc rannym. Siedział w samochodzie z rękami na kierownicy i nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Podszedłem do niego i zagadnąłem go. Powiadał mi, że przywiózł tych rannych z przystanku Gdynia-Stocznia, gdzie obecnie jest mnóstwo rannych leżących na ulicy. Są także zabici.

26-2783

Ciało Zbyszka Goldewskiego niesione na drzwiach.  http://www.grudzien70.ipn.gov.pl/dokumenty/zalaczniki/26/26-2783.jpg

3. 1981 – 16 grudnia

http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/bylem-wtedy-w-kopalni-wujek

16 grudnia 1981 roku doszło do dramatu. Wkroczyły na teren kopalni czołgi, oddziały milicji, padły strzały, zginęli ludzie… Widział pan to?
Nie widziałem wszystkiego, ale widziałem wiele. O godzinie 9 rano pojawili się na terenie kopalni przedstawiciele najpierw urzędu wojewódzkiego, a potem milicji, którzy nawoływali nas, abyśmy opuścili kopalnię. Po dyskusjach podjęliśmy decyzję, że zostajemy i będziemy bronić kopalni do końca. Wtedy przez megafony milicja podała komunikat, żeby kobiety opuściły teren kopalni. To był sygnał, że może być naprawdę niebezpiecznie. Wiele kobiet pracowało na terenie kopalni: na stołówce, w biurach, na płuczce… Część z nich opuściła wówczas kopalnię. Wkrótce potem nastąpił atak.
Na tyle, na ile to było możliwe, byliśmy przygotowani: w wielu miejscach zbudowane zostały barykady z wszystkiego, co było pod ręką (wozy, ławki, stoły), aby nas milicja nie zaskoczyła. Bramy były powiązane łańcuchami. Nikt z nas nie myślał wtedy, że będą strzelać. Teren wokół kopalni został „oczyszczony”, nikt tam nie mógł przebywać. W pewnym momencie pojawiły się duże ilości samochodów z oddziałami ZOMO. Pojawiły się też czołgi, silniki słychać było z daleka. Napięcie wzrastało, bo robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
O 9:30 zaczął się szturm. Z początku wyglądało to nie tak groźnie: zomowcy rzucali w nas, a my w nich… czym się dało, co nawinęło się pod rękę: kamieniami, śrubami, kawałkami drewna… W pewnym momencie rozległ się potężny ryk silnika, czołg rozwalił bramę i stanął naprzeciwko nas. Rozpoczęła się regularna bitwa. Zomowcy zobaczyli, że górnicy tak łatwo nie ustąpią i wtedy sięgnęli po broń. Ktoś musiał wydać rozkaz. Zaczęli strzelać, padło kilku górników… Po pewnym czasie oni wycofali się.
Ranni górnicy zostali przeniesieni do punktu opatrunkowego, bo taki jest na każdej kopalni. Był lekarz i pielęgniarki, którzy pełnili dyżur. Ranni zostali ułożeni na podłodze… Tam dopiero okazało się, że kilku kolegów nie żyje. Ogarnął nas strach. Po pewnym czasie dyrektor kopalni wezwał przez megafony, abyśmy poszli do domu. Powoli zaczęliśmy się rozchodzić… Na ulicach stali uzbrojeni zomowcy i milicjanci, i patrzyli na nas. Z opuszczonymi głowami, załamani, opuszczaliśmy kopalnię. Wieczorem kopalnia opustoszała.
Dopiero na drugi dzień dowiedzieliśmy się kto zginął. Zginęło 6 kolegów, a trzech zmarło potem w szpitalu. Zginął jeden mój bliski kolega – Zbyszek Wilk, razem pracowaliśmy.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: